O mnie

Moje zdjęcie
Lublin, Polska, Poland
Uwielbiam turystykę, fotografię, przyrodę, swoje miasto i region. Jestem lubelskim przewodnikiem PTTK. Zobacz też: http://www.sokolik.webd.pl

wtorek, 26 lutego 2019

Całkiem inne dzieło o lesie

Kawka, Stróżek, Ciemięga, Stary Tartak, Dąbrówka
24.02.2019.

Przed niespełna rokiem popełniłem tekst będący czymś w rodzaju osobistego "kozłowieckiego kalendarium". To, co za chwilę, w zasadzie będzie uzupełnieniem. Bo pod koniec lata 1990, poczułem dość płytką potrzebę udowodnienia sobie (i przy okazji komuś) czegoś. Na czym "to coś" miało polegać? W praktyce arcyproste. Najzwyczajniej pod słońcem wpakowałem się w wieczorny autobus w kierunku Lubartowa. W brezentowej "gruszce" udającej plecak - anilanowy śpiwór, termos i dwie kanapki. Plus nieodłączna rozklekotana busola. Tyle. Przystanek Kopanina osiągnięty standardowo po półgodzinie. Skręt w las. I pierwszy szok. Bo o ile na otwartej przestrzenie pogodny letni zmierz, to w lesie - atrament. Ćma. Lekcja numer jeden. 

Ciemność, ciemnością ale zew nakazywał iść kawałek przed siebie. Na tyle, aby szum krajowej dziewiętnastki stał się niesłyszalny. Nie trzeba dużo. W jakimś nieokreślonym fragmencie Kozłowieckiego Lasu, anilanowy śpiwór szesnastoletniego gołowąsa powędrował wprost na igliwie (a może butwiejące liście - kto to po latach wie). A gołowąs do śpiwora. Tak oto rozpoczęła się noc swoistej inicjacji.

Wrażenia, odczucia, zapachy... zatraciły się wraz z upływem wody w nieodległej Mininie. Dwa z nich pamiętam. Każda leśna mysz wydawała mi się chmarą jeleni. To raz. Co zresztą niespecjalnie zakłócało mi sny. Dwa - pierwszy brzask powitałem westchnieniem "to już? Szkoda...".

Takie sobie... tupoczące białe... myszki.


 Drogi do wandzińskiego peronu też już nie pomnę. Jedynie klimat porannego piętrusa w kierunku miasta, przywodzący na myśl stachurowską "Piosenkę dla robotnika rannej zmiany".

Czas mijał, kolejne szczeble edukacji (formalnej i życiowej) również. Wraz z czasem i szczeblami mijała także potrzeba udowadniania. Komukolwiek i czegokolwiek. Co nie przeszkadzało czasem "pobiwakować" na Krwawym Bagnie - zmieniając w miliongwiazdkowy hotel łowiecką czatownię. Zwłaszcza jak rodzinno - zawodowe życie nadgryzło. Co przecież czasem bywa, bo musi.

Po dłuższej przerwie znowuż nachodzi mnie ochota. Na miliongwiazdkowy hotel. Na akustyczne jelenie (a nawet strusie i słonie) pod postacią nocnych gryzoni. A lektura, która tym razem zawitała do plecaka - ochotę utrwaa. Toteż patrzę z pewną niecierpliwością jak słupek zaokiennego termometru idzie w górę.

Do poczytania na leśnym pniaku
Książkowe dociążenie plecaka a zarazem utrwalanie ochoty zawdzięczam IX Ogólnopolskiemu Forum Przewodników Turystcznych PTTK (link pożyczam od Koleżanek i Kolegów z Łowicza), w którym miałem przyjemność brać udział. Organizatorzy obdarowali uczestników m.in. całym szeregiem publikacji, z których wyżej przedstawiona natychmiast stała się jednocześnie lekturą do poduszki i sakwowo/plecakowym balastem. Oraz inspiracją - mini-wypraw, chociażby takich jak dzisiejsza. I zapewne wiele przyszłych które już lęgną się w głowie. Zima wszak ma się ku końcowy, tysiąckrotny ptasi trel znakomicie współbrzmi z lekturą. Zmysły pobudzone, duch ochoczy, ciało też jakby troszkę mniej mdłe. 

...zmysły pobudzone...

...ciało jakby trochę mniej mdłe...
Wśród całego szeregu uwag, dywagacji i porad serwowanych przez Autorów, dwa zdania dotknęły mnie w sposób szczególny: "żeby się porządnie zgubić, trzeba wyrzucić z głowy świat, który zostawiliśmy za plecami. Pozbyć się wszelkich kłopotów, niepokojów i... słoni".

Często bywa tak, że ściana lasu separuje mnie. Fizycznie. Od świata, który "został za plecami". Cóż z tego, kiedy w głowie dalej kanonada dźwięków. Czasem układająca się w "beethovenowską dziewiątą". To w optymistycznym wariancie. O tych mniej optymistycznych pisać nie chcę. Bo tak czy tak nie ma mowy o zamienieniu się całym w słuch. Nie muszę mieć empetrójki, smartfona czy jakiegokolwiek innego emitera dźwięków. Pod kośćmi mózgoczaszki zabieram ze sobą bądź smyczkowy kwartet bądź trashmetalowy band. 

Zdjęcia poniżej powstały nie przez to a pomimo tego. I to właśnie jest zasługa "Brata Borsuka", "Zielonego Trapera", "Kriska z Dziczy", Leśnego Wygi", Człowieka Bezdroży" i "Bufo Bufo". Oraz urzekającej "Zielonej". Pod pseudonimami kryją się utytułowani nieraz Autorzy - leśni przewodnicy, którym jeszcze nie raz dam się poprowadzić. Nawet z symfonią w głowie.









niedziela, 28 października 2018

Pragnąc czegoś, pazurami wyszarpując...

Kodeń, 21.10.2018


Beatum scelus. Powieść - moralitet. Na wskroś religijny. Do poczytania w ławie bazyliki w Kodniu. Można też na nadbużańskich łąkach. Bo - gwoli ścisłości - gdy kończy się akcja powieści, kodeńska bazylika św. Anny dopiero powstawała. Jan Cangerle wieńczył architektoniczne dzieło. Do spółki zapewne z anonimowym sztukatorem, który stworzył cudeńko w stiuku. Jedno z wielu cudeniek przynależnych tzw. "renesansowi lubelskiemu". Tworząc akurat w Kodniu architektoniczną oprawę godną Głównej Bohaterki powieści Zofii Kossak.


W tym samym Kodniu z którego Jan Sapieha gniazdo swe uczynił, zaś jego pobożny prawnuk - gniazdo owo rozsławił (przynajmniej według pisarki z Kośmina) postępkiem tyleż zbrodniczym ileż właśnie błogosławionym.

Sprawca zamieszania
"Gorące serca, lotne umysły, szalone głowy i nad sobą ni żadnego pana! Wszystko po swojemu... Jak się komu widzi... Własnym sądem..."

Wszystko powyższe prowadzi do przewin wszelakich, do występków różnego kalibru, tego wszystkiego co ludzie religijni nazywają grzechem. Wydaje się, że gorące serca nieprzypadkowo wymienione są na początku litanii. Wszak to właśnie ich ciepłota, szlachetny poryw warunkuje to, że popełnione winy bywają czasem zbawienne. Niekonieczne nawet tak spektakularne jak to, co imć Mikołaj uczynił papieżowi Urbanowi VIII. Czwarty z kodeńskich Sapiehów faktycznie daje popis fantazji godnej siedemnastowiecznego sarmaty. 
Chłonąłem zatem narrację Zofii Kossak, wkładającą w sapieżyńkie usta świadectwa pobożności tak silnej, że aż prowadzącej do występku godnego najsurowszej kary. I najsurowiej ukaranej a następnie przebaczonej i pobłogosławionej. Chłonąłem w murach siedemnastowiecznej świątyni, także w cieniu o sto lat wcześniejszej zamkowej kaplicy.



Dla mnie - człowieka bardzo, ale to bardzo świeckiego, mającego we krwi zwątpienie, lektura była wyjątkową przyjemnością. Nie tylko dlatego, że dane było mi czytać dzieje świętokradczego czynu w scenerii z taką egzaltacją opisanej przez autorkę. Nawet nie ze względu na absolutnie genialną scenę polowania na wilki (ech, te podniety siedemnastowiecznych prawdziwych facetów). Dlatego, że to książka także o moim pragnieniu posiadania. Chęci wyrywania brudnymi i tępymi pazurami. Podmiot marzeń zdobywany z zaciętą determinacją i wbrew wszystkiemu. Bez dorabiania filozofii, bez podlewania religijnym sosem. Tak, te chwile kradzione współczesności, zabieganiu, codzienności, anty - profesjonalizm, anty - familijność... Anty - wszystko co sprzeciwia się fascynacjom skrytym na dnie mózgownicy. Wzniosłym bądź przyziemnym, frywolnym nawet czasem. Bo otoczka prowokuje. Bo gdzieśtam, cośtam mignie. W żółcieniach liści, w błękicie wody. Tej samej w której niegdyś musiało odbić się Święte Oblicze.


Wina? Czasem na pewno. Błogosławiona? Nie wiem.

poniedziałek, 15 października 2018

Puszcza

Kozłówka, Samoklęski, Biadaczka, Wólka Krasienińska, Kawka.
14.10.2018

 "Wsiadłem na noc do pociągu z Warszawy do Lublina, a po krótkiej drzemce, skoro dnieć zaczęło, patrzyłem na mijające obrazy polskiego poranka, który wydał mi się wyjątkowo piękny. Zacząłem notować ołówkiem opis widoków i nastrojów - i pomyślałem jak te gorące wyrazy wydałyby się śmiesznemi owym typom klubowym, które obserwowałem."
Józef Weyssenhoff, Mój pamiętnik literacki.

W momencie gdy rozkręcając się dopiero początkiem żwawego marszu mijałem ławeczkę nad Parysówką, zegar na północnej wieży odezwał się zza przyozdobionych czerwonym plecakiem pleców. Dwanaście razy. Znaczy - zenit. Mimo połowy października odczuwalny. Polska Złota...

"(...) życie nadgryza codzień człowieka, aż go zje i przetrawi. Ale po co się umartwiać, aby trwać dłużej w umartwieniu? Lepiej chyba łowić słodycz życia, póki się da - i bez ludzkiej krzywdy?". J. Weyssenhoff, Puszcza.

A jednocześnie moc przyciągania. Trzymająca w objęciach. Bo wyruszyć to ja chciałem rano. Coś gnało na szlak. Jednak inne coś kazało zwolnić, pozostać jeszcze chwilę, porozmyślać, słów kilka zamienić. 


Kilometr zero, za pięć dwunasta...


Ale w końcu jestem na gościńcu. Wokół efemeryczny powab jesieni. Pierwsza plucha, ulewa, ba - zwykły przymrozek - i wszystko się skończy. 

Ulubiona brzoza zdaje się dobrze o tym wiedzieć. I przeżywać swój coroczny lęk. 

"A teraz pozwalam panu całować... to co jest między nami - przestrzeń". J. Weyssenhoff, Puszcza.


Brzoza od lat zdobi miejsce w którym gościniec prowadzący od Kozłówki ku Samoklęskom osiąga kulminację. Ot, morena, ślad historii, tej geologicznej.

W elektronicznym (signum temporis!) urządzeniu ślad historii zupełnie innego rodzaju. Jednocześnie to, co mnie ściągnęło w okolice Samoklęsk. Bo "Soból i Panna" tylko zachęcił do poszukiwań. Najpierw w meandrach globalnej sieci. W wyniku czego, oprócz encyklopedycznych mądrości, wygrzebałem też "Puszczę". A ta lektura spowodowała iż nie oparłem się pokusie ponownej wędrówki przez lubelską część weyssenhoffowego dziedzictwa. Przynajmniej zahaczenia o nią - skoro wdzięki innej a jednak pokrewnej natury skradły mi sporą część dnia. Stąd nie będzie poniżej fotografii samoklęskiego pałacu. Będzie jedynie aleja - kędy wiodła moja niedzielna marszruta. W zastanych okolicznościach pogodowych myślę że godna pióra obficie cytowanego przeze mnie pisarza.


Opisywanego wcześniej "Sobola i pannę" sam autor określił kilka lat po jej wydaniu jako "książkę szczęśliwą". "Rodzajem hymnu, na cześć krainy, na cześć młodego życia i kochania". W poprzedniej notce starałem się ową szczęśliwość "zaimportować", mimo odmienności krajobrazów - osadzić w niepozbawionych uroku płaskościach Małego Mazowsza. Przywołując Samoklęski jako miejsce związane z wcześniejszym okresem życia autora.

Czy podobnie było w przypadku niesionej w kieszeni i zapisanej w bitach (ta nowoczesność!) "Puszczy"? "Soból..." to poemat (znów autorecenzja samego J.W.), "Puszcza" to "regularna powieść psychologiczno - obyczajowa" (...) z cechami uwielbienia dla przyrody dzikiej (...)". Nie znając jeszcze urywków z "Mojego pamiętnika literackiego" czułem to podskórnie nie starając się szukać nawet bardzo niewyraźnych ech "robiących Litwę" z okolic Samoklęsk, Biadaczki, Kozłówki. Ot, potraktowałem spacer jako zwykła - niezwykłą wycieczkę, rodzaj pielgrzymki do miejsc które fascynują mnie nie tylko ze względu na historyczno - literackie odniesienia. Po wielokroć o tym pisałem. 

Po drodze była jeszcze dolina Mininy - w miejscu w którym cztedziesto i czterokilometrowa rzeczółka opuszcza kozłowiecki bór zasilając jednocześnie swoimi wodami w pół zdziczałe stawy.

"Bogaty jesteś, panie Edwardzie, tylko uwikłałeś się. A ja to lubię: niech młody lezie w gąszcz, gdzie nimfeczki się gonią. Potem szuka odwikłać się i - napowrót w gąszcz! - tylko już z nabytem doświadczeniem" J. Weyssenhoff, Puszcza.

Zaś ostatni fragment marszruty, dystans pomiędzy Biadaczką a Kawką pokonałem niemal biegnąc. Niewątpliwy ten wysiłek spowodowany był urodą pół dzikich stawów, niczym błękitne korale nanizanych na wstęgę Mininy. Piękno tego fragmentu pejzażu Małego Mazowsza sprawiło iż zapomniałem o prawidłach rządzących rozkładami autobusów. Cóż, trzeba było nadgonić chyżością obolałych nóg. I tylko klon na poboczu szosy w Wólce Krasienińskiej wymusił dłuższą chwilę oddechu.

Od tego miejsca 15 - 20 minut i zdyszany osiągam przystanek docelowy w Kawce.

środa, 26 września 2018

Litewskie echa w kozłowieckim lesie

Kawka, Stróżek, Ciemięga, Stary Tartak.
23.09.2018.

"Uśmiechnęli się do siebie obaj młodzieńcy radośnie, obaj piękni, choć odmiennego typu. Na Michale znać było kulturę miejską i nerwowość rasy intelektualniejszej. Stanisław (...) wyrósł jak Bóg dał, w krainie tej od pierwotnego raju mało jeszcze odmiennej. (...) Uściskali się młodzi sąsiedzi mocno, jak dzieci do siebie zatęsknione.
- Napijesz się herbaty, Stachu?
- A uchowaj Boże! od tego trawa w brzuchu rośnie. Wódkę masz?"


Całkiem młody student uniwersytetu w Dorpacie (dzisiejsze Tartu, Estonia) otrzymuje w spadku po ciotce majątek Samoklęski. W wolnych chwilach miesiącami tam przebywa. Nieco później, po wstąpieniu na rosyjski tron Mikołaja I, rusza wraz z przedstawicielami ziemiaństwa i tak zwanych kół przemysłowych z "wiernopoddańczym adresem". Zanim trafia przed carskie oblicze - w petersburskim Yacht - Clubie odbywa się osławiona partia pokera, zakończona wzniesieniem okrzyku "czwarty rozbiór Polski". Tryumfatorem był stryjeczny brat cara. Przegranym - wspomniany były student Dorpatu. Stawką - równowartość Samoklęsk. Nazwa miejscowości znamienna, przegrana sromotna i... w pewnym sensie na własne życzenie.

Kilkanaście lat później, w 1911 roku, ukazuje się pierwsze wydanie "Sobola i Panny". Autor - to ten sam niefortunny pokerzysta z Petersburga, Józef Weyssenhoff. Wówczas już dojrzały literat, konserwatywny dość piewca tradycji ziemiańskich a przede wszystkim łowieckich. Przy tym arcymistrz literackiego pejzażu. Głównie litewskiego, kowieńskiego, żmudzkiego. Krajobrazów zapamiętanych z lat dzieciństwa. Niezbyt wesołego, z uwagi na przedwczesną śmierć ojca, Michała Weyssenhoffa.

Drugie wydanie (1913) - to z kolei symbioza pejzażu kreślonego piórem pisarza i tego rozumianego dosłownie - utrwalanego olejem na płótnie. Symbioza nieprzypadkowa. Pisarz Józef i malarz Henryk Weyssenhoffowie - to kuzyni. Zerknijmy na prezentowaną na łamach Wiki okładkę. Barwną zapowiedź podróży do sentymentalnego, pól - legendarnego makrokosmosu, który - jak się zdaje - przeminął bezpowrotnie. Krainy zdefiniowanej kowieńską fizjografią, której literacki portret - to perła! Niezależnie od tego jak bardzo soczysta, przebogata i po prostu piękna polszczyzna wyda nam się anachroniczna.

Już druga stronica serdecznie bawi. "Trawą co "od herbaty rośnie w brzuchu". Dalej - równie zabawne przywołanie tradycyjnej pieśni, której zakończenie staje się tytułem - hasłem wywoławczym. I jednocześnie wprowadzeniem w romansowy wątek całości. Podobnież jak wspomniana okładka.

Po drodze różowoszarej, z rzadka przekreślonej długimi cieniami, szli młodzi zgodnym marszem, wdychając moc zapachów niepokalanych. 
Stanisław zaczął podśpiewywać:

Pojedziemy na łów, na łów,
Towarzyszu mój! (...)

Podchwycił Michał:

Aż tam leci zając, zając - 
Towarzyszu mój! (...)

Prześpiewali zwrotki odwiecznej piosenki, która tutaj hukała radośnie, nowa w młodych sercach. I zbójecka zadźwięczała ostatnia zwrotka:

A teraz się dzielmy, dzielmy,
Towarzyszu mój!
Tobie zając i sarna,
A mnie soból i panna (...)

- Sobola nie będzie a panny nie chcę - dodał Michał komentarz.
- Oj, nie zarzekaj się, Miś! Chyba, że kochasz się? Tedy co innego (...)
- Mnie się zdaje, że i ona trochę... Ale trudno wiedzieć, bo są wyjątkowe okoliczności
- Nie próbowałeś zapytać?
- Tak... pod figurą.
- Pod figurą?! Tak już daleko zaszło między wami? (...)
- Nie rozumiesz mnie, Stachu, bo nie mogę powiedzieć, o kogo chodzi. Ale... wyobraź sobie na przykład taką gęstą leszczynę, jak ta, obok której przechodzimy...
- I wyobrażam. No?
- Byłem z nią sam na sam w takiej leszczynie. (...)
- O wa! - wykrzyknął Stanisław zagadkowo. - Ale jakże tam skończyło się między wami?
- Nic się nie skończyło, w tym rzecz! Raczej się zaczęło. Śni mi się po nocach - a już, jak mi gdzie zapachnie leszczyna...
- To nie daj ty Boże! - dokończył Stanisław ze śmiechem.
- Właśnie. I nie mogę zbyt często jej widywać, muszę udawać obojętność.
- A to czemu?
- Bo widzisz, zapomniałem ci powiedzieć, że mężatka (...)


Samoklęski - dawne dziedzictwo Józefa Weyssenhoffa - to zachodni skraj  opisywanej tu po wielokroć "Kozłowiecczyzny".  Dziedzictwo, jak wiemy, utracone zgubnym skutkiem zamiłowania do hazardu. 

Z kolei płochy i jeszcze lekkomyślny Miś Rajecki zdaje się być alter ego pisarza. Odbiciem siebie sprzed nastu lat. Także tych przepędzonych samotnie w Samoklęskach. Nadzwyczaj barwnie przedstawiona w książce sceneria  - co do geograficznej ścisłości zupełnie nie ta. Małe Mazowsze to nie młodoglacjał. Ani litewski ani nawet suwalski (w obrębie tego ostatniego kręcona była ekranizacja "Sobola i panny" - 1983).

Malownicze moreny -absolutnie nie! Z kolei opiewane na kartach "Sobola..." dyrwany i rojsty... Wystarczy odnaleźć skryte w kozłowieckiej "puszczy" Krwawe bądź Krucze Bagno, Ośniak, Okrągalk, Okolec... Skojarzenia same się nasuwają.

Stąd zatem "Kozłowiecczyzna". Bo przy odrobinie wyobraźni można w tutejszej post - ordynackiej dziedzinie odnaleźć ledwo wyczuwalny oddech Weyssenhoffowych klimatów. Bliskość związanych z autorem Samoklęsk to ten najbardziej namacalny czynnik. Są też i inne - ulotne niczym blada poświata, którą "wyższe kity drzew żegnały słońce tęsknym rumieńcem". I tenże "tęskny rumieniec" na policzku powieściowej Warszulki...

Zapakowawszy do plecaka egzemplarz "Sobola...", ruszyłem lubelską "czterdziestką czwórką" do Kawki - tej miejscowości, którą nie raz nazwałem moją prywatną bramą w ulubione ostępy. Nie pierwszy zresztą raz z "Sobolem..." w torbie. Książka kurzy się u mnie na półce od czasów licealnych. Przeczytana zaś po raz pierwszy w całości, gdy sam byłem w wieku Michała Rajeckiego. Co więcej - mocno wówczas współodczuwając jego sercowe perypetie. Choć siłą biegu czasu dylematy kochliwego młodzieńca na progu XX wieku musiały być inne niż jego odpowiednika z ostatnich lat poprzedniego stulecia. Za dużo burz, za dużo zmian w mentalności tudzież w hierarchii współczesnych wartości. Ot, oczywistości - po raz kolejny odbijające się w wodach Stróżka - połączonego z Samoklęskami wstęgą Mininy.

"Istota, którą się kocha w pierwszych latach męskiej dojrzałości, nie jest osobą – jest wcieleniem pragnień."

Niewypowiedziana myśl, zręcznie wpleciona w młodzieńcze rozterki Michała Rajeckiego, to najczęściej przywoływany cytat  z "Sobola i Panny". Być może z całej, już nieco zapomnianej, twórczości Józefa Weyssenhoffa. Wspomniany współczesny odpowiednik młodzieńca nie zmienił się AŻ TAK bardzo aby przytaczanej frazie zarzucić można było brak ponadczasowości. A dla mnie... od czasów, kiedy sam byłem (metrykalnie) tym "współczesnym odpowiednikiem", myśl, która tak bardzo wbiła mi się w głowę, kojarzy mi się wciąż z tym samym miejscem, Oglądasz je, Drogi Czytelniku/Droga Czytelniczko, na obrazku powyżej.


Bory, grądy, dąbrowy a przede wszystkim, łowieckie tradycje ziemiaństwa - jako tło dla romansowej historii? Atrybutem powieści Józefa Weysenhoffa. jest odwrócenie ról fabuły i tła przyrodniczo - krajobrazowego. Tła niebędącego tłem. Bo to banalna  miłostka  Warszulki i Michała wydaje się stanowić dodatek, upiększenie. Tematem książki jest przyroda. Litewska, ale w moim odczuciu również poleska, mazowiecka też. Ukazana oczami ludzi którzy poprzez kultywowanie przekazywanej z pokolenia na pokolenie tradycji dostrzegają jej ponadmaterialną wartość a jednocześnie są z nią związani pierwotną, ledwie uświadomioną symbiozą.


Patrząc z perspektywy współczesnego człowieka życzyłbym sobie aby łowieckie tradycje rodem z ziemiańskich dworów i magnackich pałaców znajdywały swoje zasłużone miejsce na kartach książek, pamiętników, we wspomnieniach czy muzealnych salach. Zaś w odniesieniu do stworzeń, które dziś brykają po "Kozłowieczcyźnie" czy gdziekolwiek indziej użyłbym wyświechtanego sloganu "niech żyją". Będącego nazwą jednego z proekologicznych ugrupowań. Zaś współcześni Michałowie Rajeccy (ja sam wiekiem przypominam raczej Stacha ) niech zaś raczej przywożą z lasu trofea jak poniżej. Trafiają i nie zabijają.




środa, 25 kwietnia 2018

Kartograficznie i dziękczynnie

Józefów Roztoczański, Czartowe Pole, rezerwat "Nad Tanwią", Huta Różaniecka, Huta Szumy, Młynki, Narol, 20-22.04.2018.

Jeśli popadnę w przesadną egzaltację - sorry. Wpis inny niż dotychczasowe, lista osób do wspomnienia długa. Jeśli kogoś pominę - sorry podwójne.
Roztocze jest piękne. Ludzie zauroczeni Roztoczem są piękni. Pewnie gdyby nie byłoby Was, gdybyśmy nie spędzili wspólnie piętnastu lat w Krainie Lessu, Piasku i Wapienia, nie byłoby też moich zaślubin z Sopotem. Ponawianych i odnawianych corocznie. Ostatnio w drodze do Huty Różanieckiej. Odnowienie symboliczne, bo to miłość nieustająca. Dawno skonsumowana, mimo to pojawiły się równie symboliczne białe kwiaty.


Jakże cudnym jest fakt iż bez przeszkód można cieszyć się pięknem ziemi, która przecież nie tak dawno temu spływała krwią.  Kamienny orzeł przy kościelnym murze w Józefowie Roztoczańskim jest jednym z setek (jeśli nie tysięcy) miejsc, które mają za zadanie nie dać zapomnieć.  Wiosenne, wcale - nie - symboliczne odrodzenie co rok daje nadzieję. Może to stąd skrzydła uniesione w geście, który oglądany z odpowiedniej perspektywy wydaje się być niezwykle radosny.



W tym kontekście oczywistego wydźwięku nabiera wytwór polskiej kartografii krajoznawczej, podarowany mi przez Artura Pawłowskiego podczas jubileuszowej wędrówki po roztoczańskiej "klasyce".


Ale wróćmy na nie mniej klasyczny "Szlak Krawędziowy" z dnia pierwszego. To moje kryterium indywidualne. Uczę się godzić skłonność do samotności z równie silnym instynktem stadnym. Samotność wycisza, towarzystwo cieszy, czasem też poi, karmi i ogrzewa. Prawda Sosenko i Delphi? Bez Waszych pyszności padłbym gdzieś między Hutą a Narolem dnia trzeciego. Ciasto na drogę od Kochanych Koleżanek smakowało wybornie, do domu dowiozłem jedynie mały kawałek - z przeznaczeniem dla Małżonki.

Zanim jednak co - na "Czartowym" była jeszcze herbatka energetyzująca na wodzie z Sopotu. To też już powoli tradycją się staje. Energia potrzebna, bo przede mną jeszcze drogi szmat. Zarzuciłem zatem plecak i marsz. Skrótem przez Puszczę Solską do Oseredka a potem już posłusznie za znakami Szlaku Krawędziowego. To właśnie na tym odcinku przypomniała mi się światła fraza  o "Tytanach Wypoczynku". Mi "plecak wciąż coraz cięższy" coraz też bardziej owej tytaniczności przydawał. Ale co tam. Wszak Roztocze odmładza. 


Tak dobrnąłem do "Jelonka". Było dobrze już pod wieczór. I - uwaga, uwaga - cicho i pusto. A to rzadkość w tym miejscu.


Od "Jelonka" do szypotów na Tanwi już tylko kilka kroków. Słońce schowane za koronami drzew jeszcze całkowicie nie gaśnie. Jeszcze w przyrodzie nie zapadła cisza nocna. Chociaż tam cisza nigdy nie zapada, Tanew zawsze ma nam coś do przekazania...


"U Gargamela" pięcioro ktosiów (Ewa, Maria, AsiaKrzysiek i Waldek) postanowiło ulżyć mi w wypoczynkowej tytaniczności. Stąd nowa nazwa - "Szczęśliwa Buzia Sokolika". Przejście przez Wał Huty Różanieckiej zostało mi w ten sposób zaoszczędzone. Wróciłem tam jednak niebawem. Wszak oprócz piątkowego kryterium indywidualnego, było jeszcze niedzielne.




A pomiędzy piątkowym a niedzielnym - sobotnia jubileuszówka. Jak ją określić? Euforyczna? Bo przecież nie napiszę, że radosne podniecenie, które nie opuszczało mnie przez całą niedzielę (od Huty po Narol) było li i jedynie efektem nieco większego niż zwykle współczynnika spożycia. Słodkości i nektarów,  nie tylko w stanie płynnym...


Zanim jednak słodka nagroda - było coś do przedreptania. I do obejrzenia w trakcie dreptania. Wiosna szaleje, kwiecień wyzbył się zimowych fragmentów plecionki.


A teraz trochę wstydu: nigdy, przenigdy nie poświęciłem dziewiętnastowiecznym pamiątkom z Huty Różanieckiej najmniejszej uwagi. Ot, ruinka przy drodze a mi się przecież zawsze się spieszyło. O nie, jubileuszowa sobota jest świetną okazją by to zmienić!



"Milczałem" - mówią ponoć gwiazdy. "Niesiemy ukojenie" - mówią dłonie przyjaciół.


A to już kolejny "klasyczny" pieszy szlak, znakowany od lat na niebiesko. Mowa oczywiście o "Pętli Szumów". Są tu miejsca najzwyklejsze pod słońcem, urzekające jednak swą prostotą.


Trzy dni. Od Józefowa po Narol. Ponad 50 km pieszej wędrówki.
Zacząłem od fontanny józefowskiej, pakując przy niej nabyty w pobliskiej "Stokrotce" Biłgorajski Podpiwek Pielgrzyma. Masa napoju wraz z butelką wybitnie zwiększyła pielgrzymie doznania, ale do mety nie doniosłem. Zaś meta... to też fontanna, tyle że narolska.



Rozpisałem się, ale okazja ku temu szczególna. Kilka słów podsumowania: Roztocze we wszelkich wariacjach, Kozłówka z leśnymi przyległościami i lessy Kazimierskiego Parku. Trzy razy ustokrotniona Lubelszczyzna! Że sparafrazuję słowa pomysłodawcy i twórcy Grupy Turystycznej Roztocze - zaprzedałbym duszę diabłu, gdyby ten w zamian przyobiecał że te trzy dziedziny rodzimego krajobrazu na zawsze pozostaną nieskazitelnie piękne, doskonale harmonijne i... wolne od natrętnej, wszędobylskiej komerchy.