O mnie

Moje zdjęcie
Lublin, Polska, Poland
Przewodnik PTTK z Lublina. W wolnych chwilach - regionalny (czasem ponadregionalny) włóczęga kolejowo - pieszo - rowerowy. Najczęściej z książką w plecaku.

piątek, 24 kwietnia 2015

Inspiracja czy naśladownictwo?

"Przewodnik na siodełku" jest w stanie spoczynku. Biegam po rodzinnym mieście przy użyciu nóg i komunikacji miejskiej. Rower próżnuje. Aparat fotograficzny - na szczęście nie...

Teraz o poniższym zdjęciu: miejsce znowu banalnie proste do rozszyfrowania. Pytanie brzmi - skąd czerpałem inspirację?


Odpowiedź na to pytanie padnie w trakcie imprezy pod nazwą "Historia Światłem Pisana", o której szerzej tu. Chyba wypada mi powiedzieć - serdecznie zapraszam.

 A póki co - fragment wywiadu znalezionego na stronach Ośrodka Brama Grodzka:


"Ojciec tak obfotografował tę lubelską starówkę. Słyszałam, że są ludzie którzy interesują się historią sztuki, malują, czy coś kreślą, i oni podobno ściągają tematy z ojca książki. Otwierają i malują tak jak to (...) widział, zamiast pójść po prostu w plener, usiąść na tym stołeczku, wziąć pędzel do ręki, czy szkicownik"
A ja czuję się jak nieudolny naśladowca... 

niedziela, 12 kwietnia 2015

Zwiastun przebudzenia

Czas obudzić bloga z zimowego snu...

Prosto z Lasów Kozłowieckich...


Wpisy "na temat" już za dni kilka...

wtorek, 11 listopada 2014

Gdy ze świerku opadną liście...

Gdyby nie moce piekielne, wynalazek młyńskiego koła nie ujrzałby światła dziennego. Wszak nie na darmo mówi się "diabelski młyn".

Druga rzecz - konszachty z diabłem samego św. Marcina. Tak się składa, że przy okazji mojego patrona. To ów święty, przyjeżdżający - wedle przysłowia - na białym koniu, docenił wagę i znaczenie wynalazku. I dobił z czartem targu. Koszt oddania młyńskiego mechanizmu w służbę ludzkości był niebagatelny - dwa worki szczerozłotych dukatów. Święty wynegocjował jednak odroczenie płatności - do czasu kiedy świerk na jesień liście zgubi. Wodne młyny odsłużyły swoje, dziś znikają nieuchronnie z nadrzecznego pejzażu - a diablisko wciąż czeka zapłaty. Zaś transakcja sprzed wieków odbyła się ponoć nie gdzie indziej, jak właśnie nad górną Bystrzycą. Naszą lubelską...
Młyna w tym miejscu już nie ma, jedynie czart moczy nogi w oczekiwaniu na zapłatę... Czasem opuszcza brzeg rzeki i udaje się do lubelskiego Trybunału - sąd diabelski odprawić...

W górę od Prawiednik zachowało się jeszcze sześć takich budowli. Poniżej przykład z Osmolic - zdjęcie z jednej z wycieczek zanim jeszcze powstał blog...




Droga powrotna. Trudno o bardziej banalne fotografie naszej lubelskiej rzeki. Miejsce dobrze znane, oglądane po wielokroć, obfotografowane do granic przyzwoitości...


Gdy jednak Bystrzyca jawi się jako dzika Niemal-Że-Amazonka trudno się powstrzymać...

Patrząc na kolory aż trudno uwierzyć, że cała króciutka wyprawa została przedsięwzięta na cześć mojego patrona. Listopadowego. A tu ani białego konia ani szarugi słotnej. I dobrze. Ja proszę o kontynuację!


poniedziałek, 3 listopada 2014

1.XI.

Smutna dziewczynka w skromnej sukience... - dzieło Konstantego Laszczki, nagrobek rodziny Jaczewskich - jeden z tych, który doczeka się renowacji dzięki ofiarności Lublinian w czasie listopadowego święta...

wtorek, 14 października 2014

Nad dolną Sanną

Z kronikarskiego obowiązku:

Data: 13.10.2014
Start: godz 13.05
Trasa: Zaklików (stacja kolejowa) - Irena - dolina Sanny - Łążek Chwałowicki - stawy Zawólcze - Irena - Zaklików (stacja kolejowa).
Meta:  godz 16.50
Kilometrów:  32 (wg googlemaps)

Portret rzeki Sanny


Po pierwsze zapach! Po raz pierwszy spotkałem się z nim w pochmurny zimowy poranek, 3 stycznia 2010 roku. Wtedy było mglisto i zimowo. W czasie marszu od stacji kolejowej przez rynek i dalej w kierunku Lasów Lipskich, wszędzie gdzie nie niuchnąć - wyczuwało się paloną sośnino świerczynę. Nad niskimi dachami unosiły się siwawe smugi niknące w bieli śnieżnej mgły. Tak zapamiętałem Zaklików.

A dziś... jadę przez wieś Irenę. To zaledwie jakieś 2 km na zachód od Zaklikowa. Mijam pierwszy dom po lewej, schowany w lesie. Parterowe zabudowania przyozdobione granianstosłupowym, ceglanym kominem nieproporcjonalnie wysokim w stosunku do całości. Ten dym z komina. Aura krańcowo różna - ale przypomniał mi się tamten zimowy Zaklików sprzed ponad czterech lat. Poczułem klimat - w najbardziej dosłownym znaczeniu! I nastroiło mnie to na całą wycieczkę. 

Między Zaklikowem a Łążkiem - niewidziany wcześniej Frasobliwy. Może po prostu rzadko bywam w tych stronach...



Po raz drugi przecinam most na rzece Sannie (pierwszy raz był w samym Zaklikowie pomiędzy stacją kolejową a centrum miasteczka). Docieram do Łążka Chwałowickiego. Tam zaś - najprawdziwszy młyn - pamiątka po czasach, kiedy rzeki wykonywały na rzecz ludzi olbrzymią a pożyteczną pracę. Do roboty zaprzągł je sam czart - ale rychło odsprzedał swój pomysł mojemu Świętemu Patronowi. Ten zaś wynalazek oddał ludzkości na pożytek. A działo się to ponoć nad.. lubelską Bystrzycą. Dlatego szerzej o transakcji między wysłannikiem piekieł a św. Marcinem - w innym miejscu. Okazja ku temu pewnie rychło będzie...

To chyba nie przypadek, że nie minę obojętnie żadnego młyna...

Młyn po jednej stronie Sanny. Zaś naprzeciwko - jesień w pełnej krasie...



Podjeżdżam jeszcze kawałek w kierunku Borowa, do którego jednak nie docieram. Czas! Obiecuję sobie solennie wrócić tu przy najbliższej sposobności. Ileż takich obietnic miesięcznie składam samemu sobie...

A zatem - zmiana kierunku. Początkowo jeszcze asfaltem, potem trochę na przełaj jadę ku całkiem sporemu zespołowi stawów hodowlanych rozciągających się na południe od Wólki Szczeckiej i zasilanych wodami niewielkiego strumyka - Karasiówki. Zaś Karasiówka to dopływ Sanny. Obszar w "widłach" tych dwóch rzek swego czasu był moim ulubionym miejscem eksploracji o wybitnie ornitologicznym charakterze. Było to w trakcie studiów - czyli prawie 20 lat temu. Wówczas bieganie z lornetką po trudno dostępnym terenie (im trudniej dostępny tym większa frajda!) stanowiło moją podstawową życiową pasję a zarazem... powód zawalenia niejednego egzaminu. A biologia to nie był łatwy kierunek... Czasy się zmieniają, pasje również. Przewodnictwo, turystyka poznawcza, fotografia... na ptaszki po prostu brakuje mi już czasu. Szkoda... może jeszcze kiedyś ponownie się z nimi zaprzyjaźnię.

Nad stawy Zawólcze trafiałem wówczas dość często. Zdarzyło się kiedyś tak, że wracając pieszo skądś tam (może że Szczeckich Dołów) do stacji kolejowej w Zaklikowie (wieczorny pospieszny z Przemyśla to była podstawa powrotów z ptasich eskapad - o idealniej godzinie jechał) zatrzymałem się na moment na grobli. Dosłownie dwie minuty. Na drugi dzień w rozmowie z kolegą z sekcji ornitologicznej Studenckiego Koła Naukowego, na pytanie "co tam" odpowiedziałem skromnie: "nic takiego... bielik i czapla biała...". Tacy byliśmy jacyś dziwni, że zamiast podrywać koleżanki z roku "na najnowszy model porschaka" czy inszej blaszanej puszki myśmy prześcigali się w przechwałkach który ile ciekawostek faunistycznych "zaliczył" w ciągu jednego dnia. Trudno uwierzyć, ale... to działało... Często...

Na groble ostatecznie nie włażę, dzieli mnie od nich spory rów z płynąca wodą, a ja zapomniałem zabrać śmigło do roweru...



"Wodne malowanie" w okolicach stawów Zawólcze...
Powrót na asfalt i dalsza jazda przez Lasy Lipskie drogami o zerowym ruchu aut. Ideał. Cały czas pomiędzy dolinami Karasiówki i Sanny ale już w kierunku Zaklikowa. Tuż przed Ireną (gdzie domykam pętlę) uroczy drewniany most na Sannie. Potem już powrót do Zaklikowa - na stację kolejową z krótkim tylko postojem przy dawnym XIX w. słupie wyznaczającym granicę pomiędzy Galicją a Królestwem Polskim. Swoista pamiątka pochodząca z Łążka dziś stoi przy dzwonnicy parafialnej świątyni w samym Zaklikowie. Zaś pamiątek z czasów "nadgranicznej" historii doliny Sanny jest tu znacznie więcej. Co tylko inspiruje do planowania kolejnych wyjazdów...


I tak dobiegła końca kolejna wycieczka. Żółto - czerwony SA 135 w ciągu niewiele ponad godziny przenosi mnie z granicy Podkarpacia i Lubelszczyzny do stolicy tego drugiego regionu. 


poniedziałek, 15 września 2014

Trójca z rodzaju Quercus - część 2. Bolko

 Z kronikarskiego obowiązku:

Data: 14.09.2014
Start: godz 12.40
Trasa: Dorohusk (stacja kolejowa) - Okopy Stare - Świerże - Hniszów - Marysin - Rudka - Siedliszcze - Uhrusk - Wola Uhruska - Bytyń - Małoziemce - Stulno (przystanek kolejowy)
Meta:  godz 17.15
Kilometrów:  33 (wg googlemaps)

Przyznaję się od razu, że ostro naciskając pedały i jadąc w kierunku północnym pominąłem całą spuściznę po Suchodolskich (Dorohusk) i Rulikowskich (Świerże). Oczywiście z zamysłem nadrobienia w przyszłości... Tym razem  chciałem zatrzymać się na dłużej przy okazie, któremu legendotwórcy przydali jeszcze więcej sędziwości niż poprzednio odwiedzonemu i opisanemu Florianowi cofając jego dzieje aż do czasów Bolesława Chrobrego. Królowie często mieli w zwyczaju ucinać sobie drzemki pod konarami przedstawicieli rodzaju Quercus i to niemal zawsze w przerwie wojennych wypraw. Słynny sen Leszka Czarnego z Archaniołem Michałem w roli głównej zaowocował rozgromieniem Jaćwingów, zaś nasz pierwszy koronowany władca spoczął w cieniu nadbużańskiego dębu podczas wyprawy na Kijów. I co z tego, że botanicy oceniają wiek "Bolka" na nieco ponad 400 lat? Siła legendy jest zadziwiająca i daje pomnikowemu drzewu tysiąclecie. Ponad - zważywszy na to, że cień zapewniający spokojny sen monarsze może dać tylko okaz co najmniej tak dostojny jak ów śpiący monarcha a nie jakiś świeżo wykiełkowany podrostek...



Skojarzenie imienia króla Chrobrego z nazwą dębu jest w świetle legendy dość oczywiste... A jednak... wiele wskazuje na to, że imię pomnikowego drzewa ma dziewiętnastowieczny rodowód. Otóż jedna z właścicielek tutejszego dworu - Joana Trzebińska - miała syna, którego nazwała... Bolesław. Dziecku nie dane było dożyć wieku męskiego - zmarł jako młody chłopak mając zaledwie 13 lat (w roku 1883), zaś nazwanie drzewa imieniem zmarłego syna było swego rodzaju unieśmiertelnieniem go. I zapewne także lekiem na duszę zrozpaczonej matki. Pryska zatem legenda średniowieczna, sędziwy Bolko jest  milczącym świadkiem dramatu jakich w XIX wieku odnotowano wiele. Nie zmienia to faktu, że pomnik przyrody z Hniszowa jest uważany za najstarszy i najpotężniejszy dąb Lubelszczyzny.


Sam Hniszów raczej nie kojarzy się ze światem wielkiej sztuki. Przypomnieć zatem należy, że w tutejszym majątku przez jakiś  czas gospodarzył pewien nieco zapomniany prozaik i komediopisarz. Ów człowiek pióra nosi nazwisko, które raczej nie kojarzy się z literaturą. Bardziej z muzyką. Na przykład z tego linku... Słynnego kompozytora łączyły ze wspomnianym literatem - Julianem Wieniawskim - bliskie więzy pokrewieństwa, byli to wszak bracia. Był jeszcze trzeci Wieniawski - Józef - też kompozytor i pianista. Powracając do Wieniawskiego - pisarza... przejawiał on pewne skłonności do muzyki. Otóż lubił on zajeżdżać czasem do sąsiedniego majątku - Świerż, gdzie z gospodarzem - Henrykiem Rulikowskim - dawali fortepianowe koncerty na cztery ręce...




Tak po parku hniszowskim jak i świerżowskim pobrzmiewają już tylko echa dawnych koncertów. Dwory już znikły z krajobrazu. Pozostały dawne krajobrazowe, tzw. angielskie ogrody i to, co pobrzmiewa w szumie drzew...


Gnając dalej na północ, już bardziej "dla sportu" (choć od bycia wyczynowcem odżegnuję się), zatrzymałem się na moment w Uhrusku. Miałem szczęście. Moją intencją było wykonanie fotografii tutejszej klasycyzującej cerkwi dawniej unickiej, dziś prawosławnej. Wykonałem trzy zdjęcia, spakowałem aparat, odpiąłem rower od pobliskiego znaku drogowego... i w tym momencie usłyszałem: "jak chce zobaczyć w środku to niech idzie za mną". Tekst jak z "U Pana Boga w ogródku"... Poszedłem, zobaczyłem, batiuszka trochę się śpieszył, z wrażenia zapomniałem poprosić o możliwość wykonania zdjęć... Będę polował na następną okazję.

A poniżej - uhruska cerkiewka z zewnątrz:


piątek, 12 września 2014

Olszynka - Wołogda - Żabia Wola

Z kronikarskiego obowiązku:

Data: 12.09.2014
Start: godz 9.40
Trasa: Lublin (Wrotków) - Zemborzyce - Prawiedniki - Osmolice Pierwsze - Pszczela Wola - Żabia Wola - Polanówka - Prawiedniki - Zemborzyce - Lublin (Wrotków).
Meta:  godz 12.45
Kilometrów: 30 (wg googlemaps)

Kiedy w 1852 roku Franciszek Rohland herbu Pogoń wybudował dwór będący dziś ozdobą miejscowości o nazwie Pszczela Wola, miał już za sobą długi szlak żołnierski a także zesłańczy. Generał Wojsk Polskich Królestwa Kongresowego był m.in. bohaterem bitwy pod Olszynką Grochowską. Upadek Powstania Listopadowego oznaczał dla niego aresztowanie i zsyłkę do Wołogdy. Po powrocie z zesłania nabywa kolejne majątki w malowniczych stronach doliny górnej Bystrzycy, które to okolice już wcześniej przyciągały ludzi którzy tak w historii jak w literaturze zapisali swe karty. Przykładów nie trzeba szukać daleko - kilka kilometrów na południe leżą przecież koźmianowskie Piotrowice, dalej w górę rzeki - Strzyżewice. W tych drugich przyszła na świat pisarka Ewa Kołaczkowska - pisząca przede wszystkim dzieciom ku uciesze i nauce. Spod jej pióra pochodzą - niejako przy okazji - literackie opisy nadbystrzyckiej okolicy. Wcześniej urokliwą dolinę opisywał autor poematu "Ziemiaństwo" tudzież trzytomowego dzieła do dziś będącego skarbnicą wiedzy - zatytułowanego po prostu "Pamiętniki".

Bystrzyca niegdyś inspirowała pisarzy... dziś czasem przyciąga fotoamatorów - pejzażystów.


Wracając do postaci generała Franciszka Rohlanda - być może to przyjaźń rodziny Rohlandów z "wodzem warszawskich klasyków" zdecydowała, że postanowił on ostatecznie obrać za swoje siedlisko pięknie położone miejsce powyżej nadbystrzyckich łąk. I jak już wspomniałem na wstępie, w tutejszym przebogatym pejzażu pojawił się w 1852 roku kolejny malowniczy element - klasycyzujący dworek, leżący na osi północny zachód - południowy wschód. Bryła całości jest zróżnicowana - część południowo wschodnia jest niezwykle skromna, parterowa, niemal pozbawiona detalu architektonicznego, z wyróżnikiem w postaci portyku wspartego na dwóch kolumnach. Druga zaś część - wyższa, bo dwukondygnacyjna, z pilastrami po bokach skromnie ale jednak przyozdobionymi kwiatową formą, nadokiennymi gzymsami i dwuspadowym dachem - nadaje całości wybitnie asymetryczny charakter. Asymetryczny - a jednak harmonijny.



Dworek otoczony jest rozległym parkiem. A w parku osobliwy skansen. Ule, barcie i kłody  o najprzedziwniejszych kształtach. Temat jeszcze nie raz podrążę, na razie jedno zdjęcie. Dodam tylko, że nazwa Pszczela Wola funkcjonuje od powstania tu Technikum Pszczelarskiego (rok 1944). Wcześniej był to majątek żabiowolski...


Dziś Pszczela Wola i Żabia Wola sąsiadują przez miedzę. W tej drugiej napotkamy taki oto budyneczek. Dawna leśniczówka, później szkoła, dom mieszkalny dla nauczycieli a obecnie... kolejna regionalna ciekawostka do której zamierzam wrócić tak szybko jak się da...