O mnie

Moje zdjęcie
Lublin, Polska, Poland
Przewodnik PTTK z Lublina. W wolnych chwilach - regionalny (czasem ponadregionalny) włóczęga kolejowo - pieszo - rowerowy. Najczęściej z książką w plecaku.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Krzyże, kamienie i woda...

Z kronikarskiego obowiązku:

Data: 9-10.06.2017
Dzień 1.
Start: godz 8.55
Trasa: Gródek Szlachecki (stacja kolejowa) - Piaseczne - Buradów - rezerwat "Lasy Parczewskie" - Staw Płonne - Białka - Jedlanka Podleśna - Drozdówka - Bobryk - Kol. Uścimów - Maśluchy - Krasne - Maśluchy - Kol. Uścimów - Orzechów Kolonia - Stary Orzechów - Sosnowica (pensjonat "Dworek Kościuszki").
Meta:  godz 16.30
Kilometrów:  57 (wg Endomondo).


Pierwsze nieoczekiwane spotkanie na trasie - to święty Kajetan z doliny Tyśmienicy...



Kocham Lasy Parczewskie. Niemal na równi z Kozłowieckimi. Ale tym razem tylko szybki tranzyt. Taki mało krajoznawczy. Krótki postój jedynie przy pomniku Bohaterów Lasów Parczewskich. Lubię to miejsce. Bo upamiętnienie nie wartościuje. Ani bohaterstwa ani śmierci. Niczyjej. Niezależnie od narodowości czy poglądów. 



Białka. Jeszcze nie zdążyła zamienić się w rozkrzyczane letnisko. W drewnianym budynku dawnej szkoły - Izba Pamięci. Skromna, niedostrzegana, pomijana. Klucz do niej u sołtysa mieszkającego po sąsiedzku. Sołtys ma 75 lat. W dniu w którym pacyfikowano Białkę (7 grudnia 1942 rok) miał 10 miesięcy. Był tam wtedy, wtulony w ramiona matki. Ocalał. Jak? Zajrzyjcie, zapytajcie, porozmawiajcie... By szum nadjeziornych hucznych imprez nie zagłuszył pamięci...




Prawdę powiedziawszy do Białki sprowadza mnie co innego. Ot, wchodzę na stronę internetową pierwszej lepszej szkoły, której patronuje Bolesław Prus. I czytam:

"1 września 1863 roku pod wsią Białki została stoczona bitwa. Prus, umieszczony w szpitalu w Siedlcach, został aresztowany, a następnie zwolniony z więzienia."

Adresu ni namiarów na szkołę nie podaję celowo. Informacja ta jest zresztą powielana w wielu miejscach - w internecie i nie tylko. I nawet nie chodzi mi o to, iż 16-letni Aleksander Głowacki nie przeistoczył się jeszcze wówczas w Bolesława Prusa - pisarza, autora "Lalki" i "Faraona". Chodzi o... geografię.

Wymieniona w cytacie wieś Białki - to niewielka podsiedlecka miejscowość. Ranny "w stoczonej pod wsią Białki bitwie" Głowacki odnajduje się w szpitalu (a następnie w więzieniu) w Siedlcach. I to jest powodem niewielkiego zamieszania. Bo o ile pobyt przyszłego pisarza w siedleckim szpitalu jest bezsporny, to okazuje się, ze pod Białkami Siedleckimi żadnego starcia z Rosjanami nie było. 

Nie śledząc bojowego szlaku młodego powstańca, zauważmy (za Tomaszem Chludzińskim, autorem artykułu opublikowanego w "Gościńcu" 08/1989) iż 25 sierpnia oddział powstańczy dowodzony przez Ludwika Żychlińskiego zostaje rozbity w bitwie pod Żelazną (okolice Garwolina). Sam Żychliński zostaje ranny, a będące w odwrocie grupy powstańców na własną rękę szukają wyjścia z sytuacji. Jedna z takich grup prowadzona jest przez Pawła Gąsowskiego. Usiłuje ona połączyć się z operującym w powiecie łukowskim oddziałem Zielińskiego. Do połączenia dochodzi pod Krzywdą. W grupie tej są dwaj przyjaciele: Wacław Horodyński i Aleksander Głowacki. Wspomnienia tego pierwszego rzucają snop światła na losy oddziału Zielińskiego a zarazem późniejszego pisarza. Wacław Horodyński wspomina Aleksandra Głowackiego dość lapidarnie, natomiast ważne jest to, że wg jego relacji oddział Zielińskiego skierował się nie pod Siedlce ale w stronę Lasów Parczewskich...

A teraz kolej na cytat z pewnego listu opatrzonego datą 11 listopada 1865:

"W tej przeszłości, w której mnie poznałeś - już nie ma mnie. Ja, dawny ja, pochowany jestem z nadziejami moimi pod Białką, skąd drugi ja wyniósł: dwumiesięczne szaleństwo, zwątpienie w tego rodzaju zabawy i kalectwo..."

Słowa te skreślone były już ręką samego późniejszego pisarza. Pojawiająca się w cytowanym fragmencie epistoły Białka - to zapewne ta Białka, położona w Lasach Parczewskich, nad malowniczym jeziorem Bialskim i nie mniej malowniczymi stawami...

O ile wydarzenia z czasów II wojny światowej są w pamięci mieszkańców niezwykle żywe, to dzieje sprzed niewiele ponad 150 lat zdają się tonąć w mrokach. Przypominają o nich tzw, krzyże powstańcze - jeden przy Parczewskim Gościńcu, drugi przy Drodze Bielińskiej, może jeszcze gdzieś... A o "pochowanych pod Białką nadziejach" nie pamięta już prawie nikt. Próżno będziemy szukać informacji we wspomnianej Izbie Pamięci. Do której i tak warto zajrzeć...




Zaś wypatrzony na południe od Białki żarnowiec miotlasty w połączeniu z kolorytem nieba przenosi mnie w zupełnie inne sfery. Pozwala zapomnieć o tragicznej historii. Świat zapewne byłby dużo lepszy, gdyby ludzkość nie był ślepa na to, co nam oferuje - najczęściej zupełnie za darmo. Niestety - jest inaczej. W Krasnem miała się o tym przekonać sama Matka Boska z Synem. To w mieście, które rozpościerało się tam, gdzie dziś mienią się wody jednego z najgłębszych jezior Równiny Łęczyńsko - Włodawskiej, odmówiono strudzonym Wędrowcom jednej szklanki wody. Wobec tego mieszkańcy miasta mają pić ją przez wieczność. Zaś kamień nad brzegiem Krasnego do dziś nosi ślady stóp Matki Boskiej i Dzieciątka. Swoiste memento? A może zwykły głaz narzutowy? Niech każdy sam rozstrzygnie. Ja jadę tam, "gdzie ma mi się przyśnić Ludwika". Choć przecież nie mam na imię Tadeusz...




niedziela, 7 maja 2017

Z Koźmianem w sakwie

Z kronikarskiego obowiązku: 

Data: 6.05.2017, 
Start: godz 11.45
Trasa: Lublin (Wrotków) -  las Dąbrowa - Wólka Abramowicka - Ćmiłów - Prawiedniki Kolonia - Prawiedniki - Nowiny - las Rudka - Dolina Nędznicy - Krężnica Jara - Nowiny - Prawiedniki - Wykietówka -  ośr. Marina - Lublin (Wrotków).
Meta:  godz 18.10
Kilometrów: 36 (wg Endomondo).


"Za młodości mojej w wielu miejscach, gdzie teraz wsie i pola, stały zamierzchłe lasy; niedźwiedzie a nawet rysie od Karpatów przez ogromne puszcze ordynacji zamojskiej rozchodziły się po lasach wioskowych właścicieli i nawet się w nich lęgły".





O ile inspiracją do "(Nie)szczęśliwej Miłości w Lublinie" - miejskiego szlaku mojego pomysłu - był "Żywot poczciwy Sebastiana Klonowica" Danuty Bieńkowskiej, o tyle koźmianowskie "Pamiętniki" stały się dodatkowym motorem napędowym. Już samo kartkowanie pierwszego tomu podsunęło zupełnie nowe idee, tak w aspekcie przewodnickim jak i wyprawowym. "Ujeżdżanie dzikiego misia", uskuteczniane przez Michała Kiełczewskiego, szaleńczy poryw zazdrości zdradzanego męża, zakończony wlepieniem stu batogów kochankowi żony (i późniejsza zemsta kochanka)... a to tylko jeden z pięciu braci. "Półwariat", jak go nazwano. Rodzony brat, Florian, również zasłużył na stosowną etykietkę (ekscentryka co najmniej). Bo oto: "całe życie nic nie robił, tylko polował i z liczną czeredą myśliwską włóczył się po braci swoich i sąsiadów lasach. (...) Całą wieś swoją (Prawiedniki - przypis PnS) na myśliwych i strzelców przeistoczył, rozpoił. Pańszczyzny i powinności częściej używał do parkanów i sieci niż do roli. (...) Od świtu już w lesie lub na koniu z chartami, lub strzelbą na ramieniu, gdy napotkał włościanina kopiącego i karczującego krzaki, choćby na jego własnym polu zabierał mu gracę i siekierę, mówiąc >>czemu, chłopie, kopiesz krzaki, a gdzie się będzie zajączek chował<<.





Prawiedniki. Tereny zjeżdżone po wielokroć, tak, że aż nudnawe. Nudnawe? Nie z książką w sakwie. Nie z osiemnastowiecznymi "Pamiętnikami". Na swoim profilu w ogólnoświatowej Księdze Konterfektów napisałem "na żywo", że nieważne czy podróż egzotyczna czy też za opłotki rodzinnego miasta. Najważniejsza jest i tak odpowiednia książka w rowerowej sakwie.

W "Pamiętnikach" Kajetana Koźmiana zatopiłem się na dobre dwie godziny, siedząc na drewnianej ławeczce, w gościnie u księdza Stanisława. Ale to już odrębna opowieść...



czwartek, 6 kwietnia 2017

Leszczynka - Świeżynka

Z kronikarskiego obowiązku: 

Data: 5.04.2017, 
Start: godz 17.00
Trasa: Lublin (Wrotków) -  ośrodek Marina - Zemborzyce - las Dąbrowa - Ćmiłów - ośrodek Wrotków -   Lublin (Wrotków).
Meta:  godz 18.55
Kilometrów: 21 (wg Endomondo).


Tym razem będzie krótko. Dobrze jest mieć kawałek lasu opodal zajmowanej przez siebie żelbetonowej dziupli...


Dąbrowa rozśpiewana tysiącem ptasich gardeł. I zdobna świeżą zielenią. Na zdjęciach poniżej - tytłowa Corylus avellana. We wczesnowiosennym detalu. Roziskrzona przedburzowym światłem - pierwszym w tym roku. Tak jak i wody pobliskiego Zalewu...








Grzmi coraz głośniej. Uciekam...

wtorek, 4 kwietnia 2017

Klimaty Okołokozłowieckie

Z kronikarskiego obowiązku: 

Data: 1.04.2017, 
Start: godz 8.20
Trasa: Wandzin (przystanek kolejowy) Kopanina - Dwa Zakręty - rez. "Kozie Góry" - Staw Stary Tartak -  Stary Tartak - Stróżek - Kawka - Wólka Krasienińska - Biadaczka - Samoklęski (pomnik) - Samoklęski Kolonia Druga - Kozłówka - Nowodwór - Przystanek kolejowy Lubartów Lipowa.
Meta:  godz 17.10
Kilometrów: 42 (wg Endomondo).

Przeprosiłem się z dwoma kółkami już na dobre...


Wyprawami okołoozłowieckimi chwalę się na moim profilu w ogólnoświatowej Wiadomej Księdze dość często. Znacznie częściej niż na łamach "Przewodnika na Siodełku". Teraz jest okazja nagiąć nieco statystyki. Bo Lasy Kozłowieckie wraz z przyległościami to moje dawne "przedszkole turystyki". Miejsce wagarów za czasów uczniowskich. Miejsce ornitologicznych wyczynów za czasów studenckich. W końcu miejsce, gdzie zdarzało mi się spoglądać głęboko w oczy. W wyniku czego m.in. noszę obrączkę na serdecznym palcu. To było dawno...

Jadę zatem. Ledwo opuściłem pociąg - mijam wydmę przy torach na której niegdyś uwielbiałem wygrzewać się w oczekiwaniu powrotnego "piętrusa" do Lublina. Dziś "piętrusów" już nie ma - zastąpiły je spalinowe zespoły trakcyjne, często zwane "szynobusami". A i wandziński peron odsunął się od wydmy. By mieszkańcy mieli bliżej. I żebym ja legowiska nie miał...

Mijam leśniczówkę Kopanina. Dalej leśny parking. Wyjątkowo ładny i schludny. Drugi - bliźniaczo podobny - odnajdziemy w Starym Tartaku. Za sprawą obydwóch asfaltowa droga przez niemal całe Lasy Kozłowieckie w cieplejsze weekendy zamienia się w promenadę. Bardzo udana promocja leśnej turystyki w wykonaniu Nadleśnictwa Lubartów. Bo - proszę państwa - na stosunkowo niewielkim leśnym obszarze (choć największym w najbliższym sąsiedztwie Lublina) zarówno niedzielni spacerowicze, rowerzyści, rolkarze, biegacze i zaroślowi zaszywacze (to ja!) mogą koegzystować nie przeszkadzając sobie wzajemnie. Chcę samotności - skryję się gdzieś w ostępach Czerwonki. Chcę ludzkich twarzy - przejdę ze dwa oddziały leśne i... mam co chcę. Zapragnę estetycznych przeżyć, obcowania ze sztuką wszelaką (i to w najlepszym wydaniu) - odbijam na północ, gnam przez lasy leśnictwa Bratnik i... witaj, Kozłówko!

W rezerwacie "Kozie Góry"
Postoje robię spontanicznie, niemal co chwilę. Pierwszy w rezerwacie "Kozie Góry", z czystego sentymentu. Następny przy "czterech lipach". To skrzyżowanie asfaltówki Kopanina - Stróżek z piaszczystym Gościńcem Nowostawskim.



Dalej - nie zdążyłem się nawet rozpędzić a już hamowanie i to dość ostre. Bo kwitnące podbiały jak się pojawią  - tak i szybko znikną i znowu trzeba będzie czekać rok. A nieopodal "zaczęły się" zawilce. Na razie jeszcze nieśmiało, wkrótce będzie jak w zimie...






Stary Tartak przywitał mnie żurawim klangorem. To już ścisła czołówka jeśli chodzi o moje najulubieńsze miejsca w najbliższym otoczeniu rodzinnego miasta. I jak sobie przeglądam nieraz profile fejsbukowych znajomych - nie jestem w tym odczuciu odosobniony, Malowniczo tu o każdej porze roku. 


To mój pierwszy "selfik" w tym miejscu od dwudziestu lat, Chętnie napisałbym coś o zdjęciu sprzed dwóch dekad, ale... boję się popaść w niemęski sentymentalizm. Tudzież... popełnić niedyskrecję na miarę pamiętników diuka de Lauzun. Poniżej zdjęcie jak najbardziej aktualne.


"Przewodnik na Siodełku" w Starym Tartaku, Prima Aprilis 2017.

Niewielki kompleks stawów w Starym Tartaku zasila równie niewielka rzeczka o nazwie Ciemięga. Dla odróżnienia od tej bliższej Lublinowi czasem też zwana Ciemięgą Północną lub "ciekiem z Niemiec". W tych ostatnich zaczyna swój bieg jeszcze bardziej mikra Krzywa Rzeka, która łączy się z Ciemięgą Północną na północ od Stawów Wzory. 

Od stawów w Starym Tartaku niedaleko już do zabudowań leśnej osady o tejże nazwie. Za czasów Ordynacji Kozłowieckiej było tu ponoć 14 gospodarstw i sklep. Tak przynajmniej mówią dawne operaty leśne. Te same dokumenty wspominają o dworze - siedzibie nadleśniczego zarządzającego lasami ordynacji i tartaku od którego pochodzi nazwa osady. Sam dwór miał powstać na przełomie XVIII i XIX wieku - byłby więc o ponad 100 lat starszy niż Ordynacja Kozłowiecka. Być może powstał w czasach Aleksandra Zamoyskiego - XI ordynata na Zamościu i jednocześnie pierwszego właściciela Kozłówki z rodu Zamoyskich. A być może kilka lat wcześniej - jeszcze za czasów kiedy dobrami kozłowieckimi władali Bielińscy. Rzecz do obadania...

Dziś dawny dwór ordynackiego nadleśniczego pełni funkcję kwatery myśliwskiej...


W Starym Tartaku niespodziewanie trafiam na spory tłumek. Zagadnięty Pan w mundurze Straży Leśnej uzmysławia mnie, że oto trafiłem w sam środek akcji edukacyjnej pod hasłem "Posadź Swoje Drzewo." Kolejny powód dla którego jestem "fanem" Nadleśnictwa Lubartów. Z sympatycznym młodym człowiekiem ucinam sobie półgodzinną pogawędkę, zaglądam też do namiotu, gdzie nie mniej sympatyczne Panie "częstują" najprzeróżniejszymi wydawnictwami Lasów Państwowych. "Ma pan przecież duży plecak" - słyszę. Nie tłumaczę, że 10 lat temu przez duży plecak na rowerze zmuszonym byłem przejść półroczną rehabilitację. Łapczywie chwytam mapę "trzydziestkę" "Nadleśnictwo Lubartów, obręb Kozłówka". Rewelacja!. "Częstuję się" jeszcze kilkoma drobiazgami publikacyjnymi i... czas żegnać Stary Tartak, wyjątkowo dziś gwarny. Zaplątał się tu nawet wycieczkowy autokar.

Dalej stawy Stróżek. Tym razem mijam je bez zatrzymania, rozmowy w Starym Tartaku zjadły mi trochę czasu. Równie szybko zostawiam za sobą Kawkę, Wólkę Krasienińską (o której niedawno wspominałem w kontekście wydarzenia z 3 sierpnia 1944 roku), Biadaczkę. 

Zatrzymuję się dopiero przy pomniku, tuż co przed Samoklęskami, w miejscu gdzie krajowa "osiemset dziewiątka" Lublin - Przytoczno krzyżuje się z lokalnym duktem z Syr do folwarku Samoklęski. Pomnika trudno nie zauważyć. Nieco trudniej napisać o nim z sensem komuś, kto nie jest historykiem i w żaden sposób nie czuje się uprawniony do ferowania ostatecznych wyroków związanych z nie tak dawnymi, trudnymi dziejami. Kilka słów spróbuję sklecić...




W 1970 roku nakładem "Wiedzy Powszechnej" ukazała się książka Wojciecha Sulewskiego "Lasy Parczewskie", Znajdziemy tam między innymi opis wydarzeń z okresu 11-12 maja 1944 roku, które rozegrały się między położoną w Lasach Kozłowieckich Dąbrówką. a Amelinem - dziś leżącym już w obrębie Obszaru Chronionego Krajobrazu "Kozi Bór" - poza Lasami Kozłowieckimi. Oddam zatem głos autorowi leciwego już opracowania:

"Posuwając się na zachód, północnolubelskie zgrupowanie AL osiągnęło w nocy z 7 na 8 maja rejon wsi Dąbrówka. Tutaj oddziały stacjonowały przez dwa dni i następnie przesunęły się w okolice Syr i Amelina. (...) 11 maja oddziały AL stacjonujące w Amelinie, usłyszały gwałtowną strzelaninę, dochodzącą z opuszczonej przez nie Dąbrówki. Ponieważ strzelanina ciągle się wzmagała, podpułkownik Moczar kazał wydzielić z Batalionu im. Hołoda stu pięćdziesięciu żołnierzy i poprowadził ich w stronę toczącej się bitwy. (...) Poprzedzający grupę zwiad ustalił, że na styku wsi z lasem bronią się czepigowcy (...). Niemcy nacierali na nich klinem, usiłując odciąć od lasu i wepchnąć do wsi, w której na szczęście jeszcze nic się nie paliło.
(...) podpułkownik "Mietek" poprowadził swój oddział szerokim łukiem przez las, na tyły Niemców. (...) Oddział niemiecki szybko wycofał się wzdłuż wsi i odszedł na północ w stronę Kozłówki. (...)
Walka pod Dąbrówką, pomimo odniesionego sukcesu, zaniepokoiła dowództwo oddziałów partyzanckich. (...) Należało (...) wkrótce spodziewać się nowych walk. Noc minęła jednak spokojnie. (...)
Spokojnie było jeszcze i rano 12 maja. Partyzanckie oddziały opuściły jednak wieś Syry i na skraju amelińskiego lasu szykowały się do bitwy. (...) Minęło jeszcze trochę czasu. W promieniach przedpołudniowego słońca widać było jak na dłoni drogę prowadzącą z Samoklęsk. Leżący na poddaszu stodoły partyzant ujrzał, jak na obserwowany przez niego odcinek drogi wjechał samochód pancerny, za którym biegli SS-mani (...)"

Dalej następuje dokładny opis starcia pod Amelinem - Syrami - tego właśnie, które upamiętnia opisywany pomnik. Napis na monumencie mówi o "zwycięskim boju z oddziałem SS "Wiking". Autor przytaczanych powyżej słów jest bardziej powściągliwy - mówi o "przejęciu inicjatywy przez stronę polską, wygaśnięciu bitwy", podaje liczbę zabitych (3) i rannych (10) partyzantów i informuje o dalszym marszu w kierunku południowo - zachodnim, którego finałem była sławetna bitwa pod Rąblowem.

W tekście Wojciecha Sulewskiego kilkakrotnie pada nazwisko i partyzancki pseudonim alowskiego dowódcy. Był nim osławiony Mieczysław Moczar (właść. Mikołaj Demko), późniejszy szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi, gdzie "dorobił się" przydomka "kat AK". Profesor Paweł Wieczorkiewicz stwierdza w audycji dla Polskiego Radia:  "Ta postać zupełnie nie poddaje się jednoznacznym ocenom. Zatwardziały wróg oraz kat Armii Krajowej w czasach kiedy był szefem Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi. I człowiek, który po roku 1964 zrobił bardzo wiele dla rehabilitacji żołnierzy AK".

Pomnik powstał w 25 rocznicę bitwy pod Amelinem - Syrami. Jak go dziś odbierać? Czy tylko jako opamiętnienie epizodu z maja 1944? Może też jako świadectwo trudnej historii lat powojennych - tego o czym można było oficjalnie mówić i co starannie przemilczano. W tym konkretnym miejscu na mapie Lubelszczyzny doszukać się można dodatkowego "smaczku". Wszak nie dalej jak cztery kilometry na wschód mamy kolejne swoiste memento. Łatwo domyślić się, że mowa o kozłowieckiej galerii sztuki socrealistycznej - dopełnienie najnowszych dziejów pałacu - muzeum. Bardzo odległe skojarzenie? Oj, chyba niekoniecznie...


Boczny fragment cokołu z płaskorzeźbą partyzantów w akcji.


Początkowo zakładany program zrobił się zbyt bogaty jak na jeden dzień. Z żalem rezygnuję z wizyty w Samoklęskach i Kamionce. Od wzbudzającego mieszane uczucia pomnika biegnie droga, prosto jak strzelił, poprzez folwark Samoklęski i niewielkie bezleśne wyniesienie Wysoczyzny Lubartowskiej, prosto ku majaczącym w oddali dwóm białym wieżom flankującym barokową bryłę jednej z najsłynniejszych budowli pałacowych w Polsce. Na kulminacji wyniesienia bieleje samotna brzoza zaś widoczne w oddali wieże z tej perspektywy zdają się być miniaturkami zbudowanymi z pudełek od zapałek. Widok niezwykły. Bonus dla decydujących się dotrzeć do Muzeum Zamoyskich inaczej niż na benzynie i czterech gumowych kołach. Tędy też biegnie oficjalny pieszy szlak "partyzancki" z Ostrowa Lubelskiego do Rąblowa. Kolejna pamiątka po turystyce historycznej czasów minionych.




W miarę jak połykam ostatnie dwa kilometry dzielące mnie od kozłowieckiej rezydencji, coś, co wydawało się dziecinną zabawką - rośnie w oczach. Aż do kulminacyjnego momentu, kiedy w zwieńczeniu bramy pojawiają się trzy włócznie wraz ze słynnym "TO MNIEY BOLI..."

Mam przypomnieć wierszowane dzieło Bartosza Paprockiego z 1578 roku? Było tu!

Jestem tam, gdzie być chciałem. Zaś pałac, ogród i muzeum w Kozłówce stanowczo zasługuje na odrębny wpis (i to niejeden). Poprzestanę zatem na dwóch zdjęciach, które zdążyłem zrobić zanim trzeba było spakować zabawki i ruszyć przez Nowodwór do mety - czyli do przystanku kolejowego Lubartów Lipowa.  Trudno było sobie wymarzyć piękniejszy początek tak zwanego "sezonu". 



Stanowczo nie umiem fotografować architektury...

niedziela, 27 listopada 2016

Wodny świat legendarny (wycieczka piesza)

Z kronikarskiego obowiązku: 

Data: 26.11.2016, 
Start: godz 10.20
Trasa: Przystanek autobusowy Firlej -  Firlej (kościół) - wokół jeziora Firlej - Przystanek autobusowy Firlej.
Meta:  godz 13.05
Kilometrów: 6.9 (wg Endomondo).

Od której zacząć? Od pożółkłych kart "Legend i opowiadań lubelskich" Wandy Jagienki Śliwiny czy od współczesnego wydania "Zawieprzyc" Aleksandra Augusta Ferdynanda Bronikowskiego? Bo obie te pozycje z biblioteki lubelskiego turysty sprowokowały opisywaną wycieczkę po równo...




Zacznijmy od wód... Bałtyku. Bo - jak chce legenda opisana przez zapomnianą nieco literatkę - wody firlejowskiego jeziora to nic innego, jak morskie fale, które przedarłszy się podziemną szczeliną utworzyły dzisiejsze jezioro. Ponoć wzburzone, rozwścieczone morze tak długo tłukło bałwanami o ląd, aż ten ustąpił...

Cóż tak rozgniewało żywioły?

Przed tysiącem lat na miejscu jeziora istniało miasto. Bogate, ludne i... wielce samolubne. Naturalnie pogańskie. Co dziwić nie powinno, wszak mówimy o czasach gdy dopiero "pierwsze blaski chrześcijaństwa - jak promyk słoneczny, torujący drogę do lochów - zaczęły wnikać w niektóre serca i mózgi".

To "wnikanie" w przypadku mieszkańców legendarnego miasta miało iść bardzo opornie. Widocznie blask złota, wspaniałość budowli i wszelaki dostatek bardziej przemawiał do wyobraźni niźli nauki, które głosili co i raz to przybywający tu gorliwi misjonarze. Co gorliwsi swój zapał misyjny przypłacali utratą życia.

Ci najgorliwsi pokusili się nawet o wzniesienie wspaniałej świątyni, której ulane ze srebra dzwony by te "przejmującym głosem (...) serc metalowych poruszyły żywe serca i na modlitwę przywołały..."

Dzwony przemówiły raz. Upadając i uderzając o niegościnną ziemię. Wraz ze świątynią bezlitośnie przez tutejszych mieszczan burzoną. Grzebiącą pod swymi gruzami tych, którzy zrozumienia nie znaleźli. 

Tego już było za dużo. Dla niebios i dla posłusznych im żywiołów. Dalszy ciąg łatwo dopowiedzieć. Fale morskie przedzierające się podziemiem i zatapiające złe miasto to jedyna sprawiedliwa odpłata. 

A skąd o tym wszystkim wiemy?

Bo gdy w pochmurny dzień staniemy nad brzegiem firlejowskiego jeziora, kiedy dmie wiatr i kiedy burzy się jego tafla, wprawne ucho wyłowi dźwięk dzwonów. Tych, które odezwały się tylko raz - upadając...

Mimo listopada pogoda trafiła mi się słoneczna. Nic nie słyszałem. Tylko szum dochodzący od pobliskiej, krajowej "dziewiętnastki"...




A Bronikowski? O tym, jak pisarz ów zdołał stać się jednym z najważniejszych "legendotwórców" północnej Lubelszczyzny miałem możność już wspomnieć. W Zawieprzycach (nie tak znów od Firleja odległych) na zamku ulokował główny wytwór swojej wyobraźni - osławionego Jana Granowskiego wraz z całym złem, które ów miał był wyrządzić. Akcja powieści miała jednak znacznie szerszy geograficznie zasięg. Jan Nepomucen nabroił nad Wieprzem, Teofil pokutował za grzechy przodka w mieście nad Tybrem. W mnisim habicie. Pod przybranym imieniem - brat Peregrinus. By zapomnieć o zhańbionym nazwisku Granowski. Przeszłości nie da się jednak wymazać. I tak się złożyło, że w pierwszy dzień Bożego Narodzenia 1725 roku, ksiądz Stanisław Odonicz (zapewne nigdy nie istniejący) Kanonik i Proboszcz w Firlejach otrzymuje pewien tragiczny w swej wymowie list...


Ta drewniana świątynia, nawet w legendzie nie mogła być świadkiem opisywanych wydarzeń - powstała w latach 1879-1880. Również Aleksander August Ferdynand nie mógł jej oglądać - zmarł niemal pół wieku wcześniej...



środa, 23 listopada 2016

Prawo do bycia pokręconym (wycieczka piesza)

Z kronikarskiego obowiązku: 

Data: 12.11.2016, 
Start: godz 8.00
Trasa: Werchrata (szkoła) -  Stawki - Zaniemica - Niemica - Diabelski Kamień koło Werchraty - południowe stoki wzgórza Monastyr - Bohusze - Werchrata (szkoła)
Meta:  godz 14.35
Kilometrów: 18.1 (wg Endomondo).


"Przewodnik na siodełku" - jako internetowy pamiętnik turystyczno - przewodnicki - pozostaje tym, czym był. To, co się zmienia - specjalnym przywilejem nadaję sobie prawo do wspominania tu co ciekawszych wypadów "per pedes". Tylko co ciekawszych. Inaczej mówiąc - częściej na siodełku ale też czasem "z kijkami". Niekoniecznie samobijami. To co się nie zmienia - to dużo wcześniejszy przywilej na składowanie treści niemerytorycznych. W przemieszaniu z konkretami - które jak dawniej będą. Czytelnik bądź czytelniczka niech oddziela ziarno od plew...

Roztocze Wschodnie (zwane też Południowym) to dziwna kraina. Dla wielu - w czasach komercjalizacji co tylko skomercjalizować się da - oddech dawnej legendy przypisywanej takim na przykład Bieszczadom. Tym z dawnych lat. Z tego też względu Roztocze Wschodnie ma moc. Przyciągania. Niektórych. Albo też (z tych samych zresztą powodów) - odpychania. Niektórych. Na logikę wydawać by się mogło, że dwa zbiory owych Niektórych powinny być ściśle rozłączne. A... guza. Mają one część wspólną. I tą częścią wspólną jestem ja. Być może ktoś jeszcze. Ale będę pisał o sobie...Zacznę od quasi - literackiego wspomnienia mojego autorstwa, którym swego czasu katowałem Przyjaciół z pewnego internetowego forum poświęconego turystyce roztoczańskiej, na którym lubię sobie czasem poprzebywać. Nie tylko na forum zresztą, spotkania twarzą w twarz są nawet fajniejsze... Ale po kolei. Ponieważ forum nie jest tak całkiem ogólnie dostępne - zachodzi konieczność autocytowania.

Jest sierpień roku 1989. Stacja kolejowa Lubaczów. Szesnastoletni wówczas gołowąs, w którym nikt nie poznałby dzisiejszego Sokolika*, przycupnął w poczekalni ściskając bilet do Lublina: przez Bełżec, Zwierzyniec, Zawadę itd... Młodzieniec ów właśnie wracał ze swej pierwszej, w pełni samodzielnej wyprawy po Roztoczu (z bazą początkowo w Suścu - u kolegi ze szkolnej ławy, później w Cieszanowie - u gościnnej rodziny). Roztoczańskie obycie gołowąsa przedstawiało się następująco: wiedział, że cerkiew w Radrużu to "zabytek klasy zero" ale nie umiał wyjaśnić dlaczego. Wiedział, że Horyniec to uzdrowisko, ale nie miał pojęcia co i jak się tam leczy. Wiedział, że szumy są na Tanwi ale któż miał mu powiedzieć, że i na innych roztoczańskich rzekach również... I tak dalej. Wiedział także, że przez Roztocze przebiega linia kolejowa, którą właśnie chciał poznać. Dlatego wybrał ośmiogodzinną podróż pociągiem zamiast trzygodzinnej autobusem. Ku zgrozie i rozpaczy wszystkich zaprzyjaźnionych i spowinowaconych. Potem przywykli.

W lubaczowskiej poczekalni wydarzyło się jeszcze coś...

Na dwadzieścia minut przed przybyciem pociągu podeszły do kasy trzy gracje. Piękne, młode kobiety (może studentki, może nie) z gustownymi chlebakami ozdobionymi frędzelkami i wymyślnymi wzorami. Przy okienku poprosiły o trzy "połówki" (tak się wówczas nazywało wszelakie bilety ulgowe) do Dziewięcierza. Nie miałem pojęcia gdzie to, liczyłem że na "mojej" trasie, coby wzrok jeszcze w wagonie ponapawać. Po otrzymaniu biletów usiadły owe panie na sąsiedniej ławce, wyciągnęły namiastkę mapy jaka wówczas była dostępna i snuły plany przejścia raz po raz rzucając obcymi mi nazwami. Rzekłbym - pionierki turystyki wschodnioroztoczańskiej. Zawsze gdy idąc zielonym szlakiem mijałem jałowce po drugiej ręce mając  przystanek Dziewięcierz (nawet w czasach gdy nie zatrzymywał się tam ani jeden pociąg**) - przywoływałem w swej pamięci ową scenkę z lubaczowskiej poczekalni. I - wybaczcie sentymentalizm - zawsze uważałem, że w do Dziewięcierza MUSI być dojazd pociągiem. Aby być takim, jak te panie - tu wysiąść i iść w nieznane. 

Często myślami wracam. Do tych trzech gracji z lubaczowskiej poczekalni. Mając już trochę przewodnickiego otrzaskania bywa, że przyrównuję je do „Trzech bogiń” Simona Vouet'a - wiszących sobie dumnie w salce Muzeum Lubelskiego. Bo ten obraz jest dla wielu (prawda Fundacjo "Szpilka"?) tak inspirujący jak dla mnie gracje z Dziewięcierza. Zachęcający do nieustannych powrotów. Tak na Roztocze Wschodnie jak i do Muzeum. Odległość myślowa pomiędzy wapiennymi wzgórzami a barokowym malarstwem francuskim to pierwszy objaw bycia pokręconym. Przyjmijmy, że przez Roztocze, bo "komu potrzebny dajmy na to malarz...".

Czasem nawet drżę by Parysem nie zostać. Choć to bardziej dziś niż we wspomnieniach sprzed ponad ćwierćwiecza...

Często myślami wracam. Do pięciu wagonów ciągnionych najprawdziwszym parowozem. Do siebie samego w jednym z tych pięciu pudeł. Wracam nie tylko myślami. Bo ileż to razy rozliczni zaprzyjaźnieni posiadacze aut różnych i różnistych proponowali mi "choć, pojedź z nami, co się będziesz tłukł pociągiem". A ja im na to - dzięki, wolę pociąg o ile tylko jeździ. Bo to nie takie oczywiste. To jeżdżenie po torach. Za to drugi objaw pokręcenia mamy tu jak na dłoni. Tak jak pokręcony jest przebieg torów na Roztoczu. Całym. Na Wschodnim  szczególnie. Zazwyczaj prowadzą "głęboko w serce niczego" I tak lubię.  Niech się pukają w czoło ile wlezie...

I w końcu trzecie pokręcenie. To ta część wspólna. Bo tak naprawdę ja na wschodnią (południową?) część Roztocza docieram nader rzadko. Bo daleko. Bo pociągi nie jeżdżą. Bo trochę strach samemu w tych buczynach. Bo po drodze kusi przepych Zamościa, wspaniałości Zwierzyńca, blichtr Suśca. A południowy wschód? Samotność. Zmęczenie. Zagubienie. Utonięcie we mgle. Albo w śniegu albo w upale. Odpycha czy przyciąga? Kocham czy nienawidzę?

Ale jak już tam jakimś cudem jestem? Tak jak przy okazji ostatniego spotkania z Koleżeństwem i Przyjaciółmi w Werchracie? O czym w tak pokręcony (czwarty objaw) sposób piszę.

Kiedy stoję koło kapliczki w Nowinach Horynieckich, kiedy mijam wapienne głazy układające się w lokalne "Świątynie Słońca" czy inne "Diabelskie Kamienie", kiedy - pod urokiem specyficznego klimatu nieistniejącej Niemicy - myśli moje szybują tam gdzie nigdy by nie poszybowały w tzw. "warunkach normalnych", kiedy myślę o amputowanej nodze świętego malarza, kiedy... kiedy... 

Wtenczas gdzieś z bardzo wewnątrz dobywa się głos: "Marcin, wróć z Roztocza lepszy..."

I - jak pokazuje praktyka - po powrocie do świata codziennego temu wyzwaniu nie zawsze potrafię sprostać. Dziecko błądzące we mgle Niemicy.

*Sokolik Wędrowny - to moje dawne internetowe alter ego...
** Z czasem pociągi pasażerskie pojawiły się w Dziewięcierzu ponownie. A teraz znów są w zaniku...