O mnie

Moje zdjęcie
Lublin, Polska, Poland
Przewodnik PTTK z Lublina. W wolnych chwilach - regionalny (czasem ponadregionalny) włóczęga kolejowo - pieszo - rowerowy. Najczęściej z książką w plecaku.

piątek, 21 lutego 2020

"Halka", Sted i Kozłowiecczyzna

Las ten, co zwykle, pola te, co zwykle, wieże te, co zwykle, 16 i 21.02.2020.


Z mojej prywatnej karty w Ogólnoświatowej Księdze Konterfektów:

"I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi."
Jakoś mi dziś pasuje. Pomimo, że raczej wyrosłem z tych wszystkich "siekierezad" i innych podniet egzaltowanych młodzieńców płci dowolnej. I pomimo, że to wcale nie 14 II spowodował chwilowy powrót do lektury sprzed ćwierćwiecza.

Ot, jak to dziś w modzie, ekshibicjonistyczny wpis z okazji dnia patrona opętanych, epileptyków i tych trzecich. A później nastąpiło wyciągnięcie ręki po tom walający się na półkach z pamiątkami czasów studenckich. Tom, którego miejscem akcji rozmemłani nadmierną egzaltacją młodzieńcy "doromantycznili" Bieszczady, podczas gdy cała powieściowa historia rozgrywa się gdzieś pod Głogowem. To zresztą też bez znaczenia. Bo ja swoją nadmierną egzaltację odprawiam ani w Cisnej ani w lasach Ziem Odzyskanych. Gdzie zaś? Stoi w tytule.


Wspomniane "przedćwierćwiecze" nader często do mnie wraca. Perkozem rdzawoszyim po raz pierwszy wypatrzonym przez młode jeszcze wówczas oczy, wspomożone wytworem post - radzieckiej optyki. Resztkami amatorskiego negatywu o czułości ISO 100, będącymi jednocześnie okruchami spadającymi ze stołu pamięci wprost ku wlotowi rury odkurzacza. Odkurzacza w rękach "zegara w którym czas nie może być cofniony". Którego kurant przekonuje iż przyszłość nie potrzebuje przeszłości a Izabella z Flemingów i jej nadworni architekci, wszyscy oni trudzili się nadaremno. "Przedćwierćwiecze" to także miedze, kępy, pniaki, gałęzie, nawet fragmenty infrastruktury hydrotechnicznej - wszystko będące miejscem do usadzenia strudzonego odwłoka. I sięgnięciem po ulubioną niegdyś lekturę. 



"Przedćwierćwiecze" - to również sama lektura. O tytule będącym astronomicznym odwróceniem tytułu powieści Marii Rodziewiczówny.




Co mnie skłoniło? Rok ubiegły. 2019. Rok Moniuszkowski.I echa leśne, wodne oraz polne. Ścigające mnie taktami pewnego bardzo znanego mazura. Echa, które odbijając się od neobarokowych murów, spod dwóch wież biegły za mną aż do miasta. 

Osłuchawszy się jednego mazura, chciałem zapoznać się z tym drugim, równie znanym. I się zaczęło. Bo i muzyka, i dzieło Włodzimierza Wolskiego z roku 1848 (z późniejszymi wiadomymi zmianami) spowodowało, że ludzie w środkach komunikacji zbiorowej patrzą na mnie wymownym wzrokiem. Zwłaszcza gdy próbuję sprawdzić się wokalnie w partiach sopranu. Coś o rannym słonku i gołąbeczku trzepoczącym skrzydełkami by finalnie przypieprzyć w bezlitosny grunt. Dźwięki kończące trzeci akt to dla mnie emocjonalne harakiri. 

Pewna internetowa recenzentka, przedstawiająca się światu jako Vissi d'Arte, Teatr operowy oczami artysty plastyka, w uderzająco zgrabny sposób powiązała "Halkę" ze stachurową prozą. Ta oczywistość w połączeniu z całkowitym poddaniem się operowej ramocie lat minionych zaowocowała tym, że "Siekierezada" ponownie znalazła się w plecaku.

Popełniłem przy tym jedno szaleństwo.

Nie dopuszczam się świętokradztw. A za takie uznałbym ganianie po lesie ze słuchawkami na uszach. Ale w środkach zbiorkomu, które do tego lasu mają mnie dowieść? Czemu nie. No i zrobiłem sobie mentalne kuku. Przez zmysł słuchu Tatiana Borodina w tytułowej roli a na kolanach wyżej wspominany tom. To chyba jasno tłumaczy wybuch grafomanii, którego właśnie się dopuszczam. Nie przepraszam, bo czuję się wytłumaczony.

Nie czuję się też Jankiem Praderą. Latka zleciały, zrobiły swoje. Czasem tylko coś się odezwie. I nakaże, nawet wówczas gdy pasowałaby elegancka, skórzana teczka, spakować się w torbę z zielonego brezentu. I skrajem dróg, w starym stylu, ruszyć do leśniczego do Bobrowic, gromada Hopla. Nawet jeśli gromada Hopla zmieni się w gminę Kamionka. Babciu Oleńko - to cud!


wtorek, 21 stycznia 2020

Zmierzch "Hartwigowskich Klimatów"?

Zalew Zemborzycki, dolina Bystrzycy, Krężnica Jara, 19.01.2020.

 
Moje niegdysiejsze pisanie o "cieniu dawnych wierzb" okrasiłem cytatem z albumu, który stał się inspiracją niejednego kadru, ale też kilku krajoznawczych imprez koncepcji własnej, poprowadzonych przeze mnie jako pomysłodawcę i przewodnika. A teraz... być może nadszedł czas aby słowa urodzonej w Lublinie Poetki przywołać raz jeszcze:

"Bywa, że tu, gdzie rozciągał się szeroki obszar łąk widocznych na zdjęciu sprzed lat, wybudowano nową linię kolejową, lotnisko lub fabrykę, że malowniczą dolinę (...) zamieniono od tego czasu w zalew wodny..."



Do cytatu dorzuciłem odautorski komentarz iż słowo pisane piórem Julii Hartwig stało się ciałem. A jak ostatnio donoszą lokalne lubelskie media - istnieje spore prawdopodobieństwo, że wkrótce staną się ciałem jeszcze bardziej.





Żeby była jasność - nie jestem przeciwnikiem kompleksowej rewitalizacji "Lubelskiego Morza". Jeśli jednak ziści się koncepcja zbiornika wstępnego - pewne hasło wywoławcze straci rację bytu. A, co gorsza, ostatni okruch Legendy przykryją wodne fale. Pozostaną wspomnienia, opowieści, wreszcie archiwalne zdjęcia. Ale resztki namacalności, ostatnie relikty, ulecą bezpowrotnie.

Jeśli to cena za nowy lepszy świat - trudno, niech i tak będzie. Ale bardzo chciałbym aby zadecydowali o tym ludzie, których udokumentowany dorobek naukowy nie pozostawi najmniejszych wątpliwości iż dokonany zostanie najlepszy wybór. Nie zaś jacyś lobbyści, koniunkturaliści, a już nie daj Boże - politycy dowolnego szczebla i barw.

Niezależnie od wszystkiego - biorę się za dokumentowanie. W tym akurat lubelskie środowisko fotografujące (do którego zaliczać się nie śmiem - jestem tylko niedzielnym pstrykaczem) ma doświadczenie. Tak od międzywojnia. Co widać doskonale w Bramie Grodzkiej.



sobota, 18 stycznia 2020

"Świat, który nie może zginąć." I chyba się udało.

Lasy Gołębskie, Nieciecz, Łąki Bonowskie, rez. "Jezioro Piskory", 18.01.2020.


"W dobie nasilonych procesów urbanizacyjnych, naturalne krajobrazy zanikają jeszcze szybciej, niż rzadkie gatunki roślin czy zwierząt. Ustalono, że w całym woj. lubelskim pozostało zaledwie kilka takich miejsc, gdzie w otwartym krajobrazie, w polu widzenia 1 km^2, tj. w promieniu ok. 550 m od obserwatora, nie ma choćby jednego budynku. Łąki Bonowskie są właśnie jednym z takich ostatnich miejsc."


W polu widzenia mamy za to sosny, dorodne a samotne.

Cytowany na wstępie mini - przewodnik, nieodłączny towarzysz współczesnych wędrówek przez Lasy Gołębskie.

 Opisywane w broszurze z 2012 roku miejsce w istocie potrafi zauroczyć. Na sobie sprawdziłem po wielokroć, raz miałem do dyspozycji cały autokar Królików Doświadczalnych. Zareagowały prawidłowo. 

Między Niecieczą a Niebrzegowem
To jedna z przestrzeni na Lubelszczyźnie, z którą moja przyjaźń ciągnie się już dziesięciolecia. Jeśli o matematyczną ścisłość chodzi - właśnie upływa trzecia dekada. Z tej okazji słów kilka. Jak to się zaczęło?

Nie wiem jak teraz, ale na przełomie lat 80/90 ubiegłego wieku, ścienne gazetki były nieodłącznym elementem wystroju chyba wszystkich szkolnych korytarzy, sal i klas. Do ich redagowania najczęściej służyły m.in. nożyczki - którymi wycinano co atrakcyjniejsze wizualnie fragmenty już nieściennych gazet i czasopism. Nabytych w kioskach RUCH, czasem podwędzonych z domów. Całość, okraszona, wytworami własnej inwencji plastyczno - literackiej, musiała jednak trzymać się pewnej, określonej przez Ciało Pedagogiczne konwencji. Którą najczęściej można by zdefiniować określeniem "ku czci i chwale". A że lata mojej edukacji licealnej przypadły akurat na okres transformacji, podmioty czci i chwały zmiennymi były. Bywało też, że wraz z liberalizacją Rynku liberalizowano też wszelkie konwencje. Te ścienno - gazetkowe również. 

Okres przed i bezpośrednio po liberalizacji w odniesieniu do szkolnych gazetek ściennych miał pewną cechę wspólną: potencjalni ich odbiorcy na ogół traktowali je w sposób opisany swego czasu przez mistrza Konstantego Ildefonsa, czyli masowo "wypinając tyłek na autorki wysiłek". Wyjątki trafiały się sporadycznie. Zdarzyło się razu pewnego, że wzrok mój omiatając przypadkiem jedną z korytarzowych gablot na gazetki, natrafił na nagłówek, który zdołał przyciągnąć uwagę. Moją na pewno, nie wiem czy czyjąkolwiek jeszcze. Treść nagłówka, ujęta w cudzysłów, przywołana jest w tytule notki, którą Czytelniku/Czytelniczko czytasz. 

Od nagłówka przeszedłem do treści artykułu, który, nie wiadomo skąd wycięty, nie wiadomo przez kogo umieszczony w szkolnogazetkowej gablocie, opowiadał o "znikającym jeziorze" położonym raptem 3 km na północ od stacji kolejowej Gołąb. Tak poznałem nazwę "Piskory". I oczywiście zagrało w duszy wagabundy - gołowąsa. Kartka wyrwana z zeszytu od polskiego, pół godziny sterczenia z długopisem i zadartą głową przed szkolną gablotą (te miny Kolegów i Grona) - i dysponowałem już pełnią wiedzy. A że był rok 1990, pierwsze mapy nie będące wytworem peerelowskiej kartografii dopiero wchodziły nieśmiało tu i ówdzie do księgarń, musiałem tekst przepisać słowo w słowo. Zawierał on bowiem dokładne (przynajmniej tak mi się wydawało) wskazówki dotarcia od gołębskiego peronu do świata, który miał lada moment zniknąć. Bo też i jezioro znajdowało się (i szczęśliwie znajduje się do dziś) w Lasach Gołębskich, przez miedzę sąsiadując z "Azotami", który to zakład dopiero zaczął pozbywać się odium win za zatruwanie sporej połaci północnej Lubelszczyzny (pisano wówczas, że strefa destrukcyjnego oddziaływania Z.A. sięga po Lubartów i obejmuje m.in. moje ukochane Lasy Kozłowieckie). Słowem - perełka niemal za płotem truciciela, na którą położono krzyżyk.


Piskory dziś - w styczniowy, dżdżysty, pochmurny dzień.

 Chciałem ujrzeć ukrytą umierającą perełkę. Okazała się dobrze ukryta. Nie pomogła zeszytowa kartka z przepisanym fragmentem ściennej gazetki. Zamiast nad Piskory, trafiłem do nadwieprzańskiej Niecieczy. Bez pomysłu, co dalej. Odnalazłszy asfalt w sąsiednim Niebrzegowie, powlokłem się jak niepyszny do punktu wyjścia. Czyli na peron stacji Gołąb - nota bene również schowanej w lesie.

Od tego czasu minęło równo 30 lat. 

Nie muszę chyba dodawać, że pierwsze podejście okazało się niejedynym. A po pół roku drugie było już zdecydowanie efektywne. I od tej pory nad Piskory wracałem regularnie.

Czymże to śródleśne mokradło, szumnie określane mianem jeziora, różni się od innych tego typu miejsc? A przede wszystkim - jak to się stało, że świat, przez jednych skazany na niebyt, jednak -zgodnie z intencją Autora tekstu sprzed ponad 30 lat - nie zginął?

"Jak to się stało? Opowiedz nam! - Opowiem wam!"

Historia jeziora Piskory dowodzi, że działalność człowieka nie zawsze musi destrukcyjna dla naturalnego otoczenia, że przy dobrej woli i zaangażowaniu kompetentnych ludzi, mających wolę świat wokół siebie lepszym czynić, można odwrócić negatywne skutki antropopresji, przywrócić naturze przynajmniej niektóre wydarte jej obszary. Do czasów II wojny światowej dzisiejsze  jezioro Piskory było w zasadzie dużym stawem rybnym, zasilanym przez okoliczne niewielkie strumyki o dźwięcznych nazwach Rabik i Wielki Pioter. Po wojnie hodowla ryb w tym miejscu została zarzucona, niemniej zbiornik wodny istniał, powstał nawet projekt powołania tu rezerwatu przyrody ze względu na to, iż imponującej powierzchni trzcinowisko było siedliskiem wielu rzadkich gatunków ptaków. Niestety w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia postanowiono „ulepszyć” stosunki wodne na łąkach w dolinach wspomnianych strumyków, co zaowocowało częściowym odcięciem jeziora od zasilania wodą. Taki stan trwał do lat dziewięćdziesiątych i powodował powolną, ale konsekwentną degradację siedliska. Ten stan opisał też nieznany mi autor "szkolnogazetkowego" tekstu. Wydawało się, że jezioro Piskory z map zniknie. Korzystniejszy czas dla umierającego jeziora  nastał w roku 1993, kiedy to z inicjatywy Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody w Lublinie została podjęta próba jego odtworzenia. Prace początkowe objęły m. in. odtworzenie dopływu wody i uszczelnienie grobli. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Odrodziły się zbiorowiska szuwarowe, nad jezioro powróciło ptactwo. Dziś łatwo spotkać tu orła bielika, gęś gęgawę czy żurawia. Walory przyrodnicze jeziora podniosły się na tyle, że powróciła koncepcja utworzenia tu rezerwatu przyrody, który został powołany z dniem 1 stycznia 1999 r. 

Rezerwat "Jezioro Piskory", pewnego sierpniowego poranka 2004 roku. Kończy się noc spędzona na mchu i igliwiu, wstaje nowy dzień...
 
 Piskory dziś? Bieliki i czaple białe. Bąki i derkacze. To dla amatorów ptasich obserwacji. Dla amatorów wędrówek - białe gościńce. Wrażeń estetycznych dostarczają nieodległe zakola Wieprza. A z drugiej strony lasu - niezwykłości Gołębia z kaplicą loretańską i Muzeum Nietypowych Rowerów na czele. I fragmenty pejzażu - tak niezwykłego w swej zwykłości. 

Jest jeszcze historia utraconej ojcowizny. Temat na oddzielną opowieść. Niektórzy pewnie snują ją przy wieczornym ognisku. Bo gdy kierowałem się już ku gołębskiemu peronowi, od mijanego tzw. Starego Bonowa unosił się ogniskowy dym i słychać gwar oraz chóralny śpiew. Choć na co dzień "tam tylko szumi las".


Dla wędrujących - białe gościńce.
W powyższym tekście - oprócz wspomnianej broszury - przewodnika, wykorzystałem też tekst artykułu mojego autorstwa, który popełniłem byłem dla miesięcznika "Poznaj Swój Kraj" z górką piętnaście lat temu.

poniedziałek, 8 lipca 2019

"... do wszystkich rzeczy"

Kozłówka, Stare Pole, Biadaczka, Wólka Krasienińska, Kawka, 6 - 7.07.2019




Dwie wieże - miniaturki z pudełek od zapałek. Moja ulubiona paralela. Samochwalec, czyli odmiana Pyszałka, sam ją wymyślił z górką dwa lata temu. A teraz... teraz mogę śmiało napisać, żem one dwa pudełka ujrzał od środka. Znów przechwałka? Raczej podziękowanie! Za taką możliwość i za wszystko inne. Adresatko - prosimy, przyjmij. Podziękowanie szczere i z głębi serca płynące. Nawet dwóch serc w tym jednego czternastoletniego. Bo cała eskapada była formą daru dla Córki za "bardzo dobre wyniki w nauce i wzorowe zachowanie".. Dar okazał się trafiony i nie tylko moja w tym zasługa. Wszystko razem wyszło tak bardzo spontanicznie...

Wcześniej był jeszcze drugi dar - oficjalny, znaczy szkolny. Z wyżej cytowaną okrągłą formułką na bileciku. Bardzo tradycyjny czyli nagroda książkowa. W postaci arcydzieła, którego treść została ponoć przetłumaczona na dwieście pięćdziesiąt trzy języki i dialekty świata. Praktycznie wszystkie znane, funkcjonujące jako żywe. Mówią, że pod tym względem porównywalna jest tylko... Biblia.

"Nie chciała wyjść pognieciona tak jak maki"

Książkę - nagrodę do plecaka włożyłem jednak ja. Skojarzenie nasunęło mi się samo na etapie pakowania. Skoro już motyw Róży miał być aż tak wszechobecny, stać się wręcz motywem przewodnim wyprawy - niechby zaznaczył się również w swojej najsłynniejszej literackiej formie. Dopełnił obraz całości. I niech dociąży plecak dwojga piechurów - Córki i taty.



"Róża nie spieszyła się, gdyż pragnęła wyjść ze swojej zielonej sypialni jako skończona piękność. Dobierała starannie kolory. Stroiła się powoli, dopasowując kolejno każdy płatek. (...) Chciała wystąpić w pełnym blasku swej urody. O tak! Była bardzo zalotna! Tajemnicze przygotowania trwały więc przez wiele dni."

"Aż wreszcie ukazała się pewnego ranka, wraz ze wschodzącym słońcem."



"Teraz kiedy tak zadbała o każdy szczegół, powiedziała, ziewając: 
- Ach... właśnie się obudziłam... Zechce mi pan wybaczyć... Jestem taka nieuczesana..."




Niech zatem i kozłowieckie róże nie grzeszą skromnością. Niech będą takie wzruszające, niech piją chłodną wodę z konewki i niech będą "do wszystkich rzeczy". Czy to w parku czy na muzealnej wystawie.



W niedzielne przedpołudnie na dziedzińcu zaroiło się od "Małych Książąt" w papierowych koronach. Wizyta w pałacu o 12.30 była specjalnie dla nich. Moje "Niecowiększe Książątko" wolało jednak swój szkicownik.

Za wiedzą i zgodą Córki


"Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie".

Droga Czytelniczko/Drogi Czytelniku! Wszystko powyższe układało mi się w całość przez całą sobotę i niedzielny poranek. W trakcie wędrowania, podpatrywania, zachwytów, wreszcie niekończących się rozmów - nie tylko ze stale przy mnie obecną Córką. Zwłaszcza niedzielny poranek miał charakter szczególny. Foto - plener na głodno aż do momentu, kiedy zegar na wieży północnej odezwał się dziewięć razy. W tym momencie wróciliśmy wreszcie do "gościnnej jedenastki" na śniadanie. To, co się wydarzyło wówczas, wymaga suplementu. Kręcąc się po przytulnym poddaszu wyjrzałem przez okno czy zaobserwowane poprzedniego wieczoru koty wciąż dotrzymują nam towarzystwa. Dotrzymywały, ale pojawił się ktoś nowy. Nieznana nam wcześniej Pani w czerwonych spodniach. Jakby wyczuwając moją obecność odwróciła się ku "naszemu" oknu i... bez słowa wstępu rozpoczęła opowieść. Jej bohaterami były znane nam koty. Te z podwórza ukrytego za południową oficyną. Kotka matka z kotką córką. Mieszkanki post - ordynackiej rezydencji, które tu znalazły gościnną przystać, być może ostateczną. Bo wcześniej mama z dzieckiem komuś zawadzała. I poszły obie na poniewierkę. Przerażone i wygłodniałe trafiły na kozłowieckie podwórze. Zaufania do ludzi całkiem nie odzyskały, ale ich nowej opiekunki to nie zraża. Podróże na rowerze wraz ze strawą dla podopiecznych stały się dla Pani w czerwonych spodniach rytuałem. Czymś naturalnym. Ucieleśnieniem zawartej w dwudziestym pierwszym rozdziale tajemnicy. O bezgranicznej odpowiedzialności za to, co się oswoiło. Dobra kobieta napisała te słowa na nowo. Nie piórem, nie edytorem tekstów, prostą czynnością. Rzecz obserwowana z wysokiego okna gościnnego poddasza, urosła do rangi moralitetu. Który wraz z Córą wynieśliśmy z Kozłówki w plecakach, chyba jako ten najważniejszy.

niedziela, 21 kwietnia 2019

Portret

Dolina Bystrzycy, Wykietówka, Las Dąbrowa 20.04.2019.


Ty, którą teraz w najgłębszej ciemności
Czas, wieków trawca, przed nami ukrywa,
Przyjm nasze myśli, późna Potomności,
Które chęć sławy dobywa!
Zazdrość, idąca wiecznym obyczajem,
Wkłada spółczesne na potomków długi,
Byśmy sic kłócąc, krzywdzeni nawzajem,
Wielbili znikłe zasługi. 


Franciszek Dionizy Kniaźnin, Do Potomności.


Przyznaję - Franciszek Dionizy "chodzi" za mną już od jakiegoś czasu, a okazji by wspomnieć o twórczości poety tak silnie związanego z Puławami, miałem multum. Także, a może przede wszystkim w ostatnim czasie. Powody dla których nie wspomniałem są dwa. Pierwszy - czyste lenistwo. Powodujące, że nie każda wyprawa "z książką w plecaku" (sakwie, torbie) znajduje swoje odzwierciedlenie na blogu. Drugi - do sięgnięcia po Kniaźnina zainspirowała mnie jeszcze inna książka. Noszona, wożona i wertowana po wielokroć. Nieraz przyłapywany z nią byłem przez współpasażerów w kolejowym przedziale. Notka o właśnie tej pozycji powinna pojawić się już dawno. Nie pojawia się - bo wciąż czekam na jakąś szczególną okazję. Kniaźnina i tę drugą książkę wiąże między innymi portret. Późno - osiemnastowieczny. Przedstawiający pewną damę. Dodajmy - uskrzydloną. W chwili portretowania liczącą sobie szesnaście lat. Odnośnika do obrazu dziś nie będzie. Tekst niniejszy proszę traktować jako zapowiedź czegoś, co niebawem powstanie. Z tej samej przyczyny, kniaźninowski utwór poniżej zacytowany jest z pominięciem tytułu. Za to zilustrowany fotografią, która w jakiś sposób uzasadnia czemu po Kniaźnina sięgnąłem akurat tu i teraz.

Dla niej poranek ochoczy
Słodką za dniem rosę toczy
Dla niej i siostra jej, wiosna,
Stroi się w kwiatki radosna.
Gdy ku niebu wzniesie oczy,
Same się chmury rozśmieją
Bliskiej pogody nadzieją.


I jeszcze dwie fotografie - obrazujące już tylko miejsce przewracania pożółkłych kart. Moi czytelnicy wiedzą, że nie tylko kniaźninowskich. 



wtorek, 26 lutego 2019

Całkiem inne dzieło o lesie

Kawka, Stróżek, Ciemięga, Stary Tartak, Dąbrówka
24.02.2019.

Przed niespełna rokiem popełniłem tekst będący czymś w rodzaju osobistego "kozłowieckiego kalendarium". To, co za chwilę, w zasadzie będzie uzupełnieniem. Bo pod koniec lata 1990, poczułem dość płytką potrzebę udowodnienia sobie (i przy okazji komuś) czegoś. Na czym "to coś" miało polegać? W praktyce arcyproste. Najzwyczajniej pod słońcem wpakowałem się w wieczorny autobus w kierunku Lubartowa. W brezentowej "gruszce" udającej plecak - anilanowy śpiwór, termos i dwie kanapki. Plus nieodłączna rozklekotana busola. Tyle. Przystanek Kopanina osiągnięty standardowo po półgodzinie. Skręt w las. I pierwszy szok. Bo o ile na otwartej przestrzenie pogodny letni zmierz, to w lesie - atrament. Ćma. Lekcja numer jeden. 

Ciemność, ciemnością ale zew nakazywał iść kawałek przed siebie. Na tyle, aby szum krajowej dziewiętnastki stał się niesłyszalny. Nie trzeba dużo. W jakimś nieokreślonym fragmencie Kozłowieckiego Lasu, anilanowy śpiwór szesnastoletniego gołowąsa powędrował wprost na igliwie (a może butwiejące liście - kto to po latach wie). A gołowąs do śpiwora. Tak oto rozpoczęła się noc swoistej inicjacji.

Wrażenia, odczucia, zapachy... zatraciły się wraz z upływem wody w nieodległej Mininie. Dwa z nich pamiętam. Każda leśna mysz wydawała mi się chmarą jeleni. To raz. Co zresztą niespecjalnie zakłócało mi sny. Dwa - pierwszy brzask powitałem westchnieniem "to już? Szkoda...".

Takie sobie... tupoczące białe... myszki.


 Drogi do wandzińskiego peronu też już nie pomnę. Jedynie klimat porannego piętrusa w kierunku miasta, przywodzący na myśl stachurowską "Piosenkę dla robotnika rannej zmiany".

Czas mijał, kolejne szczeble edukacji (formalnej i życiowej) również. Wraz z czasem i szczeblami mijała także potrzeba udowadniania. Komukolwiek i czegokolwiek. Co nie przeszkadzało czasem "pobiwakować" na Krwawym Bagnie - zmieniając w miliongwiazdkowy hotel łowiecką czatownię. Zwłaszcza jak rodzinno - zawodowe życie nadgryzło. Co przecież czasem bywa, bo musi.

Po dłuższej przerwie znowuż nachodzi mnie ochota. Na miliongwiazdkowy hotel. Na akustyczne jelenie (a nawet strusie i słonie) pod postacią nocnych gryzoni. A lektura, która tym razem zawitała do plecaka - ochotę utrwaa. Toteż patrzę z pewną niecierpliwością jak słupek zaokiennego termometru idzie w górę.

Do poczytania na leśnym pniaku
Książkowe dociążenie plecaka a zarazem utrwalanie ochoty zawdzięczam IX Ogólnopolskiemu Forum Przewodników Turystcznych PTTK (link pożyczam od Koleżanek i Kolegów z Łowicza), w którym miałem przyjemność brać udział. Organizatorzy obdarowali uczestników m.in. całym szeregiem publikacji, z których wyżej przedstawiona natychmiast stała się jednocześnie lekturą do poduszki i sakwowo/plecakowym balastem. Oraz inspiracją - mini-wypraw, chociażby takich jak dzisiejsza. I zapewne wiele przyszłych które już lęgną się w głowie. Zima wszak ma się ku końcowy, tysiąckrotny ptasi trel znakomicie współbrzmi z lekturą. Zmysły pobudzone, duch ochoczy, ciało też jakby troszkę mniej mdłe. 

...zmysły pobudzone...

...ciało jakby trochę mniej mdłe...
Wśród całego szeregu uwag, dywagacji i porad serwowanych przez Autorów, dwa zdania dotknęły mnie w sposób szczególny: "żeby się porządnie zgubić, trzeba wyrzucić z głowy świat, który zostawiliśmy za plecami. Pozbyć się wszelkich kłopotów, niepokojów i... słoni".

Często bywa tak, że ściana lasu separuje mnie. Fizycznie. Od świata, który "został za plecami". Cóż z tego, kiedy w głowie dalej kanonada dźwięków. Czasem układająca się w "beethovenowską dziewiątą". To w optymistycznym wariancie. O tych mniej optymistycznych pisać nie chcę. Bo tak czy tak nie ma mowy o zamienieniu się całym w słuch. Nie muszę mieć empetrójki, smartfona czy jakiegokolwiek innego emitera dźwięków. Pod kośćmi mózgoczaszki zabieram ze sobą bądź smyczkowy kwartet bądź trashmetalowy band. 

Zdjęcia poniżej powstały nie przez to a pomimo tego. I to właśnie jest zasługa "Brata Borsuka", "Zielonego Trapera", "Kriska z Dziczy", Leśnego Wygi", Człowieka Bezdroży" i "Bufo Bufo". Oraz urzekającej "Zielonej". Pod pseudonimami kryją się utytułowani nieraz Autorzy - leśni przewodnicy, którym jeszcze nie raz dam się poprowadzić. Nawet z symfonią w głowie.









niedziela, 28 października 2018

Pragnąc czegoś, pazurami wyszarpując...

Kodeń, 21.10.2018


Beatum scelus. Powieść - moralitet. Na wskroś religijny. Do poczytania w ławie bazyliki w Kodniu. Można też na nadbużańskich łąkach. Bo - gwoli ścisłości - gdy kończy się akcja powieści, kodeńska bazylika św. Anny dopiero powstawała. Jan Cangerle wieńczył architektoniczne dzieło. Do spółki zapewne z anonimowym sztukatorem, który stworzył cudeńko w stiuku. Jedno z wielu cudeniek przynależnych tzw. "renesansowi lubelskiemu". Tworząc akurat w Kodniu architektoniczną oprawę godną Głównej Bohaterki powieści Zofii Kossak.


W tym samym Kodniu z którego Jan Sapieha gniazdo swe uczynił, zaś jego pobożny prawnuk - gniazdo owo rozsławił (przynajmniej według pisarki z Kośmina) postępkiem tyleż zbrodniczym ileż właśnie błogosławionym.

Sprawca zamieszania
"Gorące serca, lotne umysły, szalone głowy i nad sobą ni żadnego pana! Wszystko po swojemu... Jak się komu widzi... Własnym sądem..."

Wszystko powyższe prowadzi do przewin wszelakich, do występków różnego kalibru, tego wszystkiego co ludzie religijni nazywają grzechem. Wydaje się, że gorące serca nieprzypadkowo wymienione są na początku litanii. Wszak to właśnie ich ciepłota, szlachetny poryw warunkuje to, że popełnione winy bywają czasem zbawienne. Niekonieczne nawet tak spektakularne jak to, co imć Mikołaj uczynił papieżowi Urbanowi VIII. Czwarty z kodeńskich Sapiehów faktycznie daje popis fantazji godnej siedemnastowiecznego sarmaty. 
Chłonąłem zatem narrację Zofii Kossak, wkładającą w sapieżyńkie usta świadectwa pobożności tak silnej, że aż prowadzącej do występku godnego najsurowszej kary. I najsurowiej ukaranej a następnie przebaczonej i pobłogosławionej. Chłonąłem w murach siedemnastowiecznej świątyni, także w cieniu o sto lat wcześniejszej zamkowej kaplicy.



Dla mnie - człowieka bardzo, ale to bardzo świeckiego, mającego we krwi zwątpienie, lektura była wyjątkową przyjemnością. Nie tylko dlatego, że dane było mi czytać dzieje świętokradczego czynu w scenerii z taką egzaltacją opisanej przez autorkę. Nawet nie ze względu na absolutnie genialną scenę polowania na wilki (ech, te podniety siedemnastowiecznych prawdziwych facetów). Dlatego, że to książka także o moim pragnieniu posiadania. Chęci wyrywania brudnymi i tępymi pazurami. Podmiot marzeń zdobywany z zaciętą determinacją i wbrew wszystkiemu. Bez dorabiania filozofii, bez podlewania religijnym sosem. Tak, te chwile kradzione współczesności, zabieganiu, codzienności, anty - profesjonalizm, anty - familijność... Anty - wszystko co sprzeciwia się fascynacjom skrytym na dnie mózgownicy. Wzniosłym bądź przyziemnym, frywolnym nawet czasem. Bo otoczka prowokuje. Bo gdzieśtam, cośtam mignie. W żółcieniach liści, w błękicie wody. Tej samej w której niegdyś musiało odbić się Święte Oblicze.


Wina? Czasem na pewno. Błogosławiona? Nie wiem.