O mnie

Moje zdjęcie
Lublin, Polska, Poland
Przewodnik PTTK z Lublina. W wolnych chwilach - regionalny (czasem ponadregionalny) włóczęga kolejowo - pieszo - rowerowy. Najczęściej z książką w plecaku.

środa, 25 kwietnia 2018

Kartograficznie i dziękczynnie

Józefów Roztoczański, Czartowe Pole, rezerwat "Nad Tanwią", Huta Różaniecka, Huta Szumy, Młynki, Narol, 20-22.04.2018.

Jeśli popadnę w przesadną egzaltację - sorry. Wpis inny niż dotychczasowe, lista osób do wspomnienia długa. Jeśli kogoś pominę - sorry podwójne.
Roztocze jest piękne. Ludzie zauroczeni Roztoczem są piękni. Pewnie gdyby nie byłoby Was, gdybyśmy nie spędzili wspólnie piętnastu lat w Krainie Lessu, Piasku i Wapienia, nie byłoby też moich zaślubin z Sopotem. Ponawianych i odnawianych corocznie. Ostatnio w drodze do Huty Różanieckiej. Odnowienie symboliczne, bo to miłość nieustająca. Dawno skonsumowana, mimo to pojawiły się równie symboliczne białe kwiaty.


Jakże cudnym jest fakt iż bez przeszkód można cieszyć się pięknem ziemi, która przecież nie tak dawno temu spływała krwią.  Kamienny orzeł przy kościelnym murze w Józefowie Roztoczańskim jest jednym z setek (jeśli nie tysięcy) miejsc, które mają za zadanie nie dać zapomnieć.  Wiosenne, wcale - nie - symboliczne odrodzenie co rok daje nadzieję. Może to stąd skrzydła uniesione w geście, który oglądany z odpowiedniej perspektywy wydaje się być niezwykle radosny.



W tym kontekście oczywistego wydźwięku nabiera wytwór polskiej kartografii krajoznawczej, podarowany mi przez Artura Pawłowskiego podczas jubileuszowej wędrówki po roztoczańskiej "klasyce".


Ale wróćmy na nie mniej klasyczny "Szlak Krawędziowy" z dnia pierwszego. To moje kryterium indywidualne. Uczę się godzić skłonność do samotności z równie silnym instynktem stadnym. Samotność wycisza, towarzystwo cieszy, czasem też poi, karmi i ogrzewa. Prawda Sosenko i Delphi? Bez Waszych pyszności padłbym gdzieś między Hutą a Narolem dnia trzeciego. Ciasto na drogę od Kochanych Koleżanek smakowało wybornie, do domu dowiozłem jedynie mały kawałek - z przeznaczeniem dla Małżonki.

Zanim jednak co - na "Czartowym" była jeszcze herbatka energetyzująca na wodzie z Sopotu. To też już powoli tradycją się staje. Energia potrzebna, bo przede mną jeszcze drogi szmat. Zarzuciłem zatem plecak i marsz. Skrótem przez Puszczę Solską do Oseredka a potem już posłusznie za znakami Szlaku Krawędziowego. To właśnie na tym odcinku przypomniała mi się światła fraza  o "Tytanach Wypoczynku". Mi "plecak wciąż coraz cięższy" coraz też bardziej owej tytaniczności przydawał. Ale co tam. Wszak Roztocze odmładza. 


Tak dobrnąłem do "Jelonka". Było dobrze już pod wieczór. I - uwaga, uwaga - cicho i pusto. A to rzadkość w tym miejscu.


Od "Jelonka" do szypotów na Tanwi już tylko kilka kroków. Słońce schowane za koronami drzew jeszcze całkowicie nie gaśnie. Jeszcze w przyrodzie nie zapadła cisza nocna. Chociaż tam cisza nigdy nie zapada, Tanew zawsze ma nam coś do przekazania...


"U Gargamela" pięcioro ktosiów (Ewa, Maria, AsiaKrzysiek i Waldek) postanowiło ulżyć mi w wypoczynkowej tytaniczności. Stąd nowa nazwa - "Szczęśliwa Buzia Sokolika". Przejście przez Wał Huty Różanieckiej zostało mi w ten sposób zaoszczędzone. Wróciłem tam jednak niebawem. Wszak oprócz piątkowego kryterium indywidualnego, było jeszcze niedzielne.




A pomiędzy piątkowym a niedzielnym - sobotnia jubileuszówka. Jak ją określić? Euforyczna? Bo przecież nie napiszę, że radosne podniecenie, które nie opuszczało mnie przez całą niedzielę (od Huty po Narol) było li i jedynie efektem nieco większego niż zwykle współczynnika spożycia. Słodkości i nektarów,  nie tylko w stanie płynnym...


Zanim jednak słodka nagroda - było coś do przedreptania. I do obejrzenia w trakcie dreptania. Wiosna szaleje, kwiecień wyzbył się zimowych fragmentów plecionki.


A teraz trochę wstydu: nigdy, przenigdy nie poświęciłem dziewiętnastowiecznym pamiątkom z Huty Różanieckiej najmniejszej uwagi. Ot, ruinka przy drodze a mi się przecież zawsze się spieszyło. O nie, jubileuszowa sobota jest świetną okazją by to zmienić!



"Milczałem" - mówią ponoć gwiazdy. "Niesiemy ukojenie" - mówią dłonie przyjaciół.


A to już kolejny "klasyczny" pieszy szlak, znakowany od lat na niebiesko. Mowa oczywiście o "Pętli Szumów". Są tu miejsca najzwyklejsze pod słońcem, urzekające jednak swą prostotą.


Trzy dni. Od Józefowa po Narol. Ponad 50 km pieszej wędrówki.
Zacząłem od fontanny józefowskiej, pakując przy niej nabyty w pobliskiej "Stokrotce" Biłgorajski Podpiwek Pielgrzyma. Masa napoju wraz z butelką wybitnie zwiększyła pielgrzymie doznania, ale do mety nie doniosłem. Zaś meta... to też fontanna, tyle że narolska.



Rozpisałem się, ale okazja ku temu szczególna. Kilka słów podsumowania: Roztocze we wszelkich wariacjach, Kozłówka z leśnymi przyległościami i lessy Kazimierskiego Parku. Trzy razy ustokrotniona Lubelszczyzna! Że sparafrazuję słowa pomysłodawcy i twórcy Grupy Turystycznej Roztocze - zaprzedałbym duszę diabłu, gdyby ten w zamian przyobiecał że te trzy dziedziny rodzimego krajobrazu na zawsze pozostaną nieskazitelnie piękne, doskonale harmonijne i... wolne od natrętnej, wszędobylskiej komerchy.

niedziela, 11 marca 2018

Giphantie janowska

Janów Lubelski, 11.03.2018.

 "Stworzyły substancję, bardzo delikatną, lepką, szybko schnąca i twardniejącą, za pomocą której w mgnieniu oka powstaje obraz. Substancję tę nanoszą na kawałek płótna i ustawiają je naprzeciwko przedmiotów, które chcą uwiecznić. Obrazy utrwalają się z chwilą, gdy tylko zostaną uchwycone na płótnie. Potem natychmiast zostają zasłonięte i ustawione w ciemności, a po godzinie zewnętrzna warstwa wysycha i otrzymuje się dzieło tym cenniejsze, że żaden artysta nie stworzyłby bardziej prawdziwego".

Tak w utopijnej krainie Giphantie zamieszkujące ją duchy zamierzały (zapewne wobec braku zdolności malarskich) zwizualizować swój mityczny świat. Giphantie to imaginacja lekarza Tiphaigne de La Roche, która ujrzała światło dzienne drukiem w 1760 roku. Do oficjalnych narodzin dagerotypii brakowało jeszcze 79 lat.

Czy w podróż do miejsca, które samo w sobie jest opowieścią o rzeczywistych następcach wyimaginowanych stworzeń, mógłbym zabrać lepszą książkę?




Między innymi polifon. Między innymi - bo misterny mechanizm skrył się pośród kart z foto - archiwaliami... To tylko jeden z cudów janowskiego muzeum. Drugiego takiego próżno szukać na całej Lubelszczyźnie.

czwartek, 8 marca 2018

Jeszcze jedna odkurzona książka

Wandzin, Lasy Kozłowieckie, Stary Tartak, Stróżek, Nasutów, 4.03.2018.

 Lato 1987. Ściółka leśna rozgrzana sierpniowym słońcem. Zapach zwyczajny, choć intensywny. Niezwykłości nabiera dopiero w połączeniu z poczuciem bycia Odkrywcą. Fakt, że przeżywałem dopiero swój czternasty rok życia, jeszcze to poczucie wzmacniał. I podarty chlebak niezdarnie gdzieś tam sobie dyndający. Podwędziłem Rodzicielce. Ucząc kiedyś - dużo wcześniej - geografii, najeździła się z niedorostkami na szkolne wycieczki. Dyndający chlebak był zatem też i pamiątką po czasach sprzed mego zaistnienia. Bo gdy urodził się syn - mama przestała uczyć i jeździć. Po latach doceniłem poświęcenie. Nigdy nie żałowała, ale lubiła wspominać swoich podopiecznych. I te wycieczki. A ja lubiłem słuchać. Matczyne opowieści jako zaczyn. Trudno o coś bardziej... typowego. I piękniejszego zarazem.

W chlebaku gazetowy wycinek, chyba z "Kuriera Lubelskiego". Tytuł wycinka - "Jeśli wycieczka, to tylko w Lasy Kozłowieckie". Lub podobnie. Mój pierwszy przewodnik. Jedyny zresztą wówczas. Była jeszcze busola. Najprawdziwsza. Prezent od sąsiadki na dziewiąte urodziny. Oczywiście zaraz jak ją tylko dostałem zapragnąłem zobaczyć co jest w środku i jak to działa. W związku z tym po kilku latach każda śrubka była innej wielkości i koloru. Za to kilka mebli w domu zaczęło się niepokojąco chwiać. Ale busola jakoś się trzymała. I działała. Jeszcze długo później pozwalała mi przemierzyć bez zbłądzenia Puszczę Białowieską, Polesie, Roztocze, Suwalszczyznę... Przenigdy nie zawiodła. Mam ją do dziś.

Było jeszcze jabłko i kromka chleba.

We wspomnianym wycinku padła nazwa "Kozie Góry". I wskazówka dla wytrawnych turystów - "dojechać koleją do przystanku autobusowego (sic!) Wandzin i kierować się 3 km na zachód". Jasne, co to dla mnie. Miałem swój wycinek i klekoczącą busolę. Później jeszcze rozczarowaną minę - bo rezerwatu nie znalazłem. Na peron do Wandzina jakimś cudem jednak trafiłem z powrotem. Z poczuciem porażki łagodzonym przez zapach ściółki i rozgrzanego piachu z gościńców. Przemierzanych samodzielnie. Drogi wzdłuż ściany lasu urywającej się przy wydmie. Potem była kilkumetrowa ścieżka na wydmy szczyt. I zaraz strome zejście na peron. Niemal w drzwi oliwkowego piętrowego wagonu. Do zapachu igliwa dochodzi specyficzna atmosfera górnego pokładu Bipy. Łagodne kołysanie. Czterdzieści minut euforii. Udało się. Kieszonkowego starczyło na "połówkę do Wandzina i z powrotem", w domu nikt nie zauważył, że junior przepadł na całe popołudnie.

Tylko jeden sierpniowy dzień. A przecież miesiac wcześniej matka w dobroci swojej zabrała mnie na superhiper wakacje w pewnym podgórskim uzdrowisku. Wróciłem zachwycony. Ale gdy na początku roku szkolnego padł standardowy temat pierwszego wypracowania - "Mój najpiękniejszy dzień lata" - niewdzięcznik opisał sierpniowe kozłowieckie popołudnie. Na dodatek jeszcze koślawszą polszczyzną niż to, co czytacie powyżej i poniżej. Piątkę jednak dostałem. Nauczycielka polskiego lubiła mnie. A i ja wpatrzony byłem w Panią jak w obrazek.

Niecały rok później trafiłem i do "Kozich Gór". Musiałem. Bo zdobywałem punkty do brązowego "Wędrowca Lubelskiego". Wymóg był jasny - co najmniej dwa rezerwaty na terenie województwa. Miałem już jednak więcej wskazówek. M.in te zawarte w broszurze z zielonym kompasem na okładce. Wyglądała jak większość tego typu publikacji w owych czasach. Kto by jednak pomyślał, że autorem skromnej w sumie pozycji opatrzonej podtytułem "Materiały szkoleniowe PTTK" będzie nawet wówczas już wybitna sława naukowa, współtwórca Roztoczańskiego Parku Narodowego tudzież orędownik ochrony Polesia. Zmarł całkiem niedawno, pamięć jego żyje w nazwie jednej z najpopularniejszych tras (i najbardziej znanych dębów) Poleskiego PN. 

Dzisiejsze profesory, hej! Naprawdę tylko "Filadelfia" się liczy?


 Odznaki żal. Paradowałem z nią, fantazyjnie wyeksponowaną na nakryciu głowy. Nie wiem czy pokarało mnie za próżność czy za gapiostwo. Bo nakrycie zawieruszyło się w którymś z ówczesnych lokalnych pekaesów. I pojechało w świat z odznaką, za to już bez właściciela. Rok później pocieszyłem się srebrnym "Wędrowcem...", ale to inna bajka.

Czerwiec 1992. Miałem już wówczas "zaliczone" dwa pierwsze przejścia przez polską część Puszczy Białowieskiej. Pi razy drzwi: z zachodu na wschód i z północy na południe. Sądziłem, że żaden inny polski las nigdy nie zrobi na mnie większego wrażenia. Myliłem się. Pewnego czerwcowego popołudnia, na drugi dzień po ustnej maturze z biologii, poszedłem świętować w swoim stylu. Sam na białe gościńce. Od tamtego momentu lasy leśnictwa Bratnik to dla mnie "lubelska Białowieża". Do dziś twierdzę, że cienia przesady w tym nie ma.

1 kwietnia 1995. Skusiły mnie dwie niebieskie plamki na mapie. Opisane jako "Duży Ług" i "Rejowiec". To trochę na zachód od terenów które tutaj sławię. Na północ od Garbowa. Okolice Woli Przybysławskiej. Obszar Chronionego Krajobrazu "Kozi Bór". Dwa w zasadzie śródpolne jeziorka. Zachwyciły mnie bąki, których przyciężkawy głos niósł się nisko nad trzcinami. Tak, to był stan maksymalny mojego ptasiego zauroczenia. Nic innego nie liczyło się wówczas. No, może kilometry przemierzane z lornetką - dla ornitologicznych wrażeń a czasem dla samego przemierzania. Z tej przyczyny gdy już się nasłuchałem bączego buczenia, poniosło mnie dalej. Aż się potem zdziwiłem jak dużo dalej. Przez Amelin do Samoklęsk. Tu już przedwieczorna godzina i jeszcze bardziej niesamowite bącze buczenie. A ja dalej na wschód. Za chwilę zza morenowej kulminacji terenu wyłonią się dwie wieże "zdające się być miniaturkami z pudełek po zapałkach". Ale ja tego nie zauważę. Coś, co nie ma skrzydeł i nie śpiewa na wiosnę - nie istnieje. Do zachwytów nad antropogenicznymi smaczkami ojczystego regionu musiałem jeszcze podojrzewać. Tak ze dwie dekady.

Zatem odbicie na południe. Wprost w... "lubelską Białowieżę". Tylko utwierdzam się w słuszności określenia. Skok na drugi brzeg Mininy. Skok dosłowny, bo kładki brak. Po przeciwnej stronie Wólka Krasienińska. Tam gdzie dziś mkniemy po asfalowym dywaniku, w owym czasie wędrowcowi jeszcze piach zgrzytał w zębach. Tak dotarłem do Kawki. I Prima Aprilis się skończył.

Namacalna pamiątka? Trzymałem ją w ręku kilka lat później. Niestety - zniechęcony trzycyfrową ceną odłożyłem na półkę. Zanim odłożyłem - zajrzałem do skorowidzu nazwisk na końcu. I pośród setek innych odnalazłem tam swoje. Długo po tym jak lornetka powędrowała do szafy - znowóż na dwie dekady. Ale jakaś namiastka dokumentu po tamtym okresie gdzieś jest. Cała ta moja leśna bieganina w mikro - stopniu ale jednak komuś lub czemuś służyła.

Mniej więcej wtedy też "odkryłem" dla siebie zakątek zwany Stróżkiem. Na początku fascynowały mnie tamtejsze perkozy rdzawoszyje. Ale... do cholery, przecież to były czasy stuprocentowej młodości, nie całkiem zresztą jeszcze miniętej. I naturalną koleją rzeczy wzięła ona górę. Dlatego też stróżkowe wody to moja "myślodsiewnia". Nawet wskakiwać nie muszę. Wystarczy że oprę się o barierkę mostu na Mininie i zerknę. Może nie pełna ale jednak gama kolorów. Głównie oczu i włosów. Wówczas na pewno "nie - constans".

6 października 1996. Wyblakły negatyw znad wód Stróżka unaocznia treść poprzedniego akapitu. Raczej - unaoczniałby gdyby nie wyblakł. Tak bardzo, że już nikt nie zrobi z niego odbitki. Wstęga celuloidu okazała się mniej trwała niż pamięć.

3 stycznia 1998. Kolejny wyblakły negatyw ze Stróżka. Odbitkę z niego mógłbym już jednak umieścić w rodzinnym albumie. Bo wtedy "nie constans" przemieniło się w "constans". Zauważyła to nawet współpasażerka z przedziału kolejowego gdy zziębnięci, wieczornym Towosem (były takie!) wracaliśmy wówczas z Wandzina. Nie wydawała się bardzo zgorszona.

Potem banał i klasyka. Czasem spacery za rączkę. A jak rodzinne życie dawało do wiwatu - samotne noclegi na ambonie w oddziale leśnym 152. Całkiem niedawno dowiedziałem się, że miejscówka nosi działającą na wyobraźnię nazwę - Krwawe Bagno. Nieopodal Stary Tartak, oglądany o czwartej nad ranem. I zwyczajowy spacer do Nasutowa na pierwszy poranny autobus do miasta.

27 września 2013. W międzyczasie spełniłem jedno ze swych marzeń - zostałem przewodnikiem turystycznym. Wracając w Lasy Kozłowieckie - w uroczysku Ośniak tego dnia plotę coś o akumulacji półtoratlenów w poziomach iluwialnych. O nakładaniu się procesu bielicowania na proces brunatnienia. Doktoranckie towarzystwo wydaje się nawet słuchać. Ja staram się wkładać trochę serca w to, co mówię. Nie żebym chciał kogoś na siłę przekonywać że wbijanie młotkiem stalowych pierścieni w glebę stanowić ma życiowe powołanie. Nawet nie z powodu obecności kamer (wiecie, że gdzieś w czeluściach intenetu jest film z moimi, jakże światłymi, frazami?). Niezależnie od półtoratlenków i bielicowań jesteśmy w miejscu, w którym zostawiłem trochę uczuć. Skoro nie mogę tak wprost - staram się przekazać to między wierszami. Chyba z powodzeniem. Bo po kilku latach czasem ktoś podejdzie i powie - "to był fajny dzień". Odbieram swoją nagrodę.

Dzisiejsze doktory, hej! Naprawdę tylko "Filadelfia" się liczy?

1 października 2016. Znowóż zaglądając nad Mininę i Stróżek uzmysławiam sobie, że mija dwadzieścia lat od powstania negatywu, który zdążył wyblaknąć. Przypominam sobie jeszcze, że to był Kodak Gold 100. Amatorski film, który całkiem fajnie odwzorowywał włosy koloru blond.

1 kwietnia 2017. Dwie dekady i dwa lata od Prima Aprilis zakończonego w Kawce. Przez tą ostatnią tylko mknę na dwóch kołach. Potem była i Wólka Krasienińska i Biadaczka. W Samoklęskach zmieniam kierunek niemal o 180 stopni. Za chwilę wspomniana morena z brzozą w kulminacji terenu. Spod brzozy widoczne są nieodmiennie "miniaturki z pudełek od zapałek". Tym razem ulegam urokowi. Wszelkie "Białowieże" - i te lubelskie i te prawdziwie białowieskie - zdają się przegrywać. W plecaku atlas ptaków dawno już ustąpił miesca "Słownikowi terminologicznemu sztuk pięknych". Wkrótce jednak miało się okazać iż przekonanie, że dwutaktowy trel wilgi również należy do sztuk najpiękniejszych (choć w rzeczonym słowniku wzmianki brak) przygasło jedynie po to by wybuchnąć z potrojoną siłą. A może, jakimś sposobem i z jakiejś przyczyny, pałacowi i przyległościom wyrosły też skrzydła? 

4 marca 2018. Mimo mrozu powyższy tekst ostatecznie dojrzał do publikacji. A migawki z wędrówki poniżej.








niedziela, 12 listopada 2017

W cieniu dawnych wierzb...

Zemborzyce Górne, dolina Bystrzycy, 12.11.2017.
"Bywa, że tu, gdzie rozciągał się szeroki obszar łąk widocznych na zdjęciu sprzed lat, wybudowano nową linię kolejową, lotnisko lub fabrykę, że malowniczą dolinę (...) zamieniono od tego czasu w zalew wodny..." - słowo pisane piórem Julii Hartwig stało się ciałem...
Jest bardzo możliwym, że jedna ze "słynnych" swego czasu wierzb - ta koło której przechodziły w międzywojniu kobiety niosące w bańkach mleko na targ - rosła tam, gdzie dziś faluje zalew. Jeśli tak  w istocie było - przetrwać nie mogła. Może zresztą rosła bliżej ulicy Glinianej - gdzie Mistrz pomieszkiwał przed wojną i skąd czynił "mgielne" poranne wypady. Wówczas pokonałaby ją infrastruktura lubelskiej Politechniki. Tego szczegółu zapewne znać nie będziemy. Natomiast wiemy doskonale, że cudem przetrwała fotografia ją przedstawiająca - jedna z tych, która jej Twórcy przyniosła konkursowe laury a za nimi sławę. Było to w roku 1938. Rok później - tragicznego dnia 9 września 1939 roku (dokładnie w tym czasie, kiedy ginie Józef Czechowicz) - jedna z bomb trafia w lubelski Hotel Europejski grzebiąc pod gruzami archiwum obu Hartwigów - ojca i syna. "Kobiety..." nie wróciły jednak przed wybuchem wojny z Warszawy. Z dzisiejszej perspektywy - szczęśliwie nie wróciły. Odnalezione po zawierusze,  znalazły się na kartach "Wierzb".  Tego albumu, który był i jest moją inspiracją do poszukiwań w dolinie Bystrzycy tego, co zostało z dawnych "Hartwigowskich Klimatów". A co odnajdę - tym dzielę się. Na blogu ale i na turystycznym szlaku, który - mam nadzieję będę miał okazję przemierzyć w 2018 roku. Z wszystkimi chętnymi na taką wędrówkę. 

"Natura sprawia, że do głosu dopuszczone zostają niezmierzone zasoby liryzmu i romantycznych umiłowań..." - Julia Hartwig, ze słowa wstępnego do "Wierzb".
Najmłodsza siostra autora "Wierzb", pisząc słowo wstępne do jednego z najpiękniejszych albumów brata zaczerpnęła również ze spuścizny po Kazimierzu Laskowskim - zapomnianym nieco poecie przełomu XIX i XX wieku:

"Tyś widział gaje stepowych czereśni,
Widziałeś laurem spowite skały,
Mnie dość! Gdzie polem powiewa wierzbina
Wiem, że się Polska kończy lub zaczyna"



Biorąc pod uwagę dzień w którym publikuję niniejszą notkę - korci mnie aby dorzucić jeszcze słowo komentarza. Powstrzymam się jednak. Niech każdy sam decyduje - czy woli świętować z głośnymi okrzykami na ustach, ogniem i dymem dookoła czy też za swój sztandar mieć proste słowa poety i jeszcze prostszy obraz pejzażysty. Na wskroś polskiego.

poniedziałek, 6 listopada 2017

"Dwa wspaniałe dzieła"

Lubartów, Kozłówka, Dąbrówka, Stróżek, Pólko, Dys... 05.11.2017.



Moja ulubiona dąbrówkowa ławeczka. Pod lipą - a jakże. Tyle, że z uwagi na porę roku trudno "gościowi siąść po jej liściem". Za to zagrzebać się w liściach - sama radość. Z Janem z (w sumie nieodległego) Czarnolasu w łapce? To następnym razem. 



Osiem kilometrów wcześniej natrafiłem na Dzień Otwartych Drzwi. Złe słowo - pojechałem intencjonalnie. Aby "otwarte potem nie zamknęły się, no i... cześć". Zanim wyruszyłem - poszperałem po półce w poszukiwaniu przykurzonych "kozłowieckości". I wygrzebałem jak na obrazku powyżej. I poniżej.



Książeczka zupełnie niedzisiejsza. Obrazków mało (choć są, a fotografował nie byle kto). Tekstu dużo. Bogatego w terminologię, która jeszcze sześć - siedem lat temu (kiedy oddawałem się wyłącznie naukom tzw. "ścisłym") przyprawiłaby mnie o ból głowy. Cóż, czas płynie, człowiek się zmienia. Ale dość truizmów. Bo i tak w samej Kozłówce książeczkowe mądrości przegrały z kretesem z barwami jesieni. O innych atrakcjach dnia nie wspominając...



Do plecaka sięgnąłem dopiero na dąbrówkowej ławeczce. Dysponowałem krótką chwilą. Poza wstęp nie wyściubiłem nosa. Ale...

"Kozłówka poszczycić się może dwoma wspaniałymi dziełami: natury i człowieka. Pierwsze z nich - dzieło przyrody - to ogromny kompleks Lasów Kozłowieckich, z leśnym rezerwatem "Kozie Góry". Drugim jest niezrównane dzieło architektury - monumentalne założenie pałacowo - parkowe (...). Szeroką płaską przestrzeń między lasami i pałacem wypełniają pola i łąki przedzielone niewielką rzeczką Parysówką, dopływem pobliskiej Mininy."

Przez lata nauczyłem się (myślę że całkiem prawidłowo)  wszelkie "szerokie płaskie przestrzenie"
przypisywać do odpowiadających im nazw w "naukowym" podziale fizjograficznym Lubelszczyzny. Stąd nawet, gdy godzinę później dostawałem zadyszki pokonując krawędź Płaskowyżu Nałęczowskiego (wjeżdżając na niego od doliny Mininy, której początkowy odcinek wije się u stóp geograficznego pogranicza), dyszała we mnie świadomość, że walcząc z południowym "wmordęwindem" jednocześnie na własnej skórze doświadczam przekraczania granic o wybitnie ponadregionalnym charakterze. Od krajobrazu "równie płaskiego, smutnego i monotonnego jak na prawdziwym Mazowszu" ku krainie lessu. Od Wysoczyzny Lubartowskiej ku Płaskowyżowi Nałęczowskiemu. Od Niziny Południowopodlaskiej ku Wyżynie Lubelskiej. Od Nizin Środkowopolskich ku Wyżynie Lubelsko - Lwowskiej. I wreszcie - wspinając się na sam szczyt hierarchii - od Niziny Środkowoeuropejskiej ku Wyżynom Polskim. A z jeszcze innej perspektywy - od obszarów objętych zlodowaceniem środkowopolskim ku terenom na jego przedpolu. 

A co faktycznie oglądamy? W dołku las, na górce pole...

"Szerokie płaskie przestrzenie" wraz z charakterystycznymi dla nich formacjami roślinnymi i przypisaną do nich fauną (zwłaszcza awifauną!) przez całe lata - mimo swych szerokości - zawężały mi postrzeganie świata do pierwszego z wymienionych w cytacie wspaniałych dzieł. Tak po prawdzie stąd też ból głowy o którym chwilę temu wspominałem. I jednoczesny skrywany podziw dla ludzi sztuki, kultury, muzeów. Podziw i... chyba kompleks. Odczuwalny do dziś. Sam nie wiem czy wizyty w Kozłówce, Muzeum Lubelskim, warszawskich Łazienkach czy tallińskim Kadriorg to jego leczenie czy pogłębianie. Niezależnie od powyższego - z efektów jestem zadowolony. Poza jednym - ubocznym. Polegającym na interferencji na-nowo-odkrywanych źródeł zachwytu z... kryzysem wieku średniego. 

Tym "odkryciem Ameryki" ostatnimi czasy podzieliłem się ze światem na łamach Księgi Konterfektów. Pisząc o "wyciu jako te piesy w dąbrówkowskich obejściach". Na co dostałem konstruktywną radę: "idź już spać i nie wymyślaj". Było to tego samego dnia kiedy zauważyłem - chyba po raz pierwszy w życiu -  że większy ładunek prostej życiowej radości daje mi wygrzanie się na parkowej ławce (przy jednoczesnym podziwianiu dzieła rąk ludzkich) niż na piaszczystym, niekończącym się gościńcu. Przeraziło mnie to trochę. Wyruszyłem zatem na poszukiwanie złotego pośrodkizmu. 

Póki co - znalazłem jedynie to...


Jego Stróżkowatość

Jego lubelska Renesansowość - z Dysa
W sumie 50 kilometrów przebiegu, jedna przeczytana stronica i... jedno wymienione "dzień dobry". Całkiem dużo.





niedziela, 22 października 2017

Z książką wśród ptaków... po 20 latach.

Zemborzyce, Dąbrowa, 23.10.2017

Wstęp do niniejszego wpisu "napisał się" w zasadzie trzy lata temu. Przypomnijmy:

Było to w trakcie studiów - czyli prawie 20 lat temu. Wówczas bieganie z lornetką po trudno dostępnym terenie (im trudniej dostępny tym większa frajda!) stanowiło moją podstawową życiową pasję a zarazem... powód zawalenia niejednego egzaminu. A biologia to nie był łatwy kierunek... Czasy się zmieniają, pasje również. Przewodnictwo, turystyka poznawcza, fotografia... na ptaszki po prostu brakuje mi już czasu. Szkoda... może jeszcze kiedyś ponownie się z nimi zaprzyjaźnię. Nad stawy Zawólcze trafiałem wówczas dość często. Zdarzyło się kiedyś tak, że wracając pieszo skądś tam (może że Szczeckich Dołów) do stacji kolejowej w Zaklikowie (wieczorny pospieszny z Przemyśla to była podstawa powrotów z ptasich eskapad - o idealniej godzinie jechał) zatrzymałem się na moment na grobli. Dosłownie dwie minuty. Na drugi dzień w rozmowie z kolegą z sekcji ornitologicznej Studenckiego Koła Naukowego, na pytanie "co tam" odpowiedziałem skromnie: "nic takiego... bielik i czapla biała...". Tacy byliśmy jacyś dziwni, że zamiast podrywać koleżanki z roku "na najnowszy model porschaka" czy inszej blaszanej puszki myśmy prześcigali się w przechwałkach który ile ciekawostek faunistycznych "zaliczył" w ciągu jednego dnia. Trudno uwierzyć, ale... to działało... Często...

... a w jednym przypadku zadziałało tak, że do dziś biegam z obrączką na palcu. Tyle, że od jakiegoś czasu bez lornetki. I po łatwiejszym terenie, czas zrobił swoje, człowiek polubił wygodę. Wracając do wspomnień sprzed dwóch dekad: wówczas podstawową pozycją wpychaną do plecaka była przedstawiona poniżej:




Z kolei jakiś czas temu na swoim profilu w Ogólnoświatowej Księdze Buź tryumfalnie obwieściłem Ogólnemu Światu powrót do dawnego hobby. I stało się. Wysłużony atlas ze wspaniałymi rysunkami Władysława Siwka ponownie zajął należne mu miejsce w plecaku. Egzemplarz chomikowany na półce od czasów studenckich. Lornetka ponownie zawisła na szyi. Egzemplarz kurzący się na pawlaczu od czasów studenckich. Pierwsze do dwudziestu lat zapiski w notatniku. Według schematu wypracowanego w czasach studenckich. Tylko miejsce zmieniło się. Wyłysione, obarierkowane... Ale wciąż ciekawe, pełne krzyku białych mew. A może tupotu. Bo trzeba mieć w nieźle w czubie, żeby po dwudziestu latach wracać do archaicznych metod podrywu. Nawet jeśli miałoby chodzić jedynie o podryw z wody do lotu.



środa, 4 października 2017

Trzy dni z Jagienką...

Lasy Kozłowieckie, Dąbrówka, Kamionka, Kozłówka, 27-29.09.2017

"Upewniam jednocześnie świat męski, że jest cudowny i bez niego nie warto byłoby żyć ani fryzować się co rano, nie mówiąc już o ściślejszych tajemnicach uplastyczniania wdzięków. W ogóle, żeby nie mężczyźni, to kobiety wyglądałyby prawdopodobnie jak czarownice..."


Przyznaję - z oczywistych względów uwiódł mnie zacytowany wyżej fragment zaczerpnięty ze wstępu do wydanego w 1925 roku "Żywota pana". Kierowany do konkretnego przedstawiciela męskiego świata, z takąż jednak dawką ironii, którą w naukach przyrodniczych określilibyśmy jako LD50, przynajmniej w odniesieniu do części ludzkiej populacji - tej spod znaku Marsa. Adresatem cytowanych słów był nie kto inny jak autor Koziołka Matołka czy Małpki Fiki - Miki. Zaś dowcipną polemistką - Lubartowianka (z wyboru, choć urodzona całkiem niedaleko, bo w podlubelskiej Bystrzycy). Tytułowa "Jagienka" to oczywiście literacki pseudonim, inspirowany sienkiewiczowską bohaterką. Bo Wanda Śliwina (Jagienka spod Lublina) uwielbiała powieści historyczne...

Moja mała ojczyzna - Lasy Kozłowieckie - to integralna część małej ojczyzny "Jagienki". Niestety - niemal całkiem przez Autorkę pominięta

Wydana trzy lata później "Ziemia Lubartowska" nie ma już w sobie nic z zadziornej polemiki. To z kolei materializacja tego co dziś nazywamy lokalnym patriotyzmem, miłością do tzw. "małej Ojczyzny". I to ten monograficzny szkic krajoznawczy z międzwojnia (napisany wspólnie z Ferdynandem Traczem - kierownikiem lubartowskiej szkoły powszechnej), szczęśliwie wznowiony w 1995 roku,  stał się inspiracją niejednej mojej wędrówki poprzez tzw. "Małe Mazowsze" - jak czasem zwie się fragment Niziny Południowopodlaskiej położony pomiędzy Pradoliną Wieprza a lessową krawędzią Wyżyny Lubelskiej. Nie inaczej było podczas trzech dni wrześniowej złotej jesieni. Dzieło "Jagienki" ponownie wskoczyło do plecaka i nie opuszczało go przez rzeczone trzy dni.



Karty książki - to nie tylko ani nawet nie przede wszystkim suche, encyklopedyczne informacje odzwierciedlające ówczesny stan wiedzy krajoznawczej o regionie. Emocjonalny, wręcz "matczyny" stosunek Autorki do opisywanej materii aż kipi. Często ociera się o przesadną egzaltację. Zwłaszcza liryczne opowieści z pogranicza faktów i legend. Podsycające wyobraźnię. Trochę romansu, trochę horroru. Autentyki, półprawdy i wyobraźnia "Jagienki". Dla mnie - umysłu ponoć ścisłego - węzeł gordyjski. Ot, chociażby takie "Dumanie przed portretem" 

"W hebanie aksamitu, co wlecze długi tren...
Z cud - ramion alabastrem, jak poety sen, 
Końcem stopki oparta o plusze podnóżka
Spoczywa w krześle ona, serc pani i wróżka

Bo trzech małżonków zdobyła serca,
Przez pojedynki aż do kobierca (...)"


Liczba mariaży się zgadza, pozostałe szczegóły już niekoniecznie. Ot, chociażby taki drobiazg jak imię bohaterki "Dumania", która z Marii stała się Anną...

"Chreptowiczową najpierwej była
Anna Granowska, zalotnie miła (...)"

Tarcza z ledwo widocznych herbem Leliwa - Granowskich. Południowa zewnętrzna ściana kościoła parafialnego w Kamionce.


Nie, nie. Nie jest dziś moim celem porównywanie wytworów wyobraźni "Jagienki" z udokumentowaną twardą faktografią. Jak ktoś już bardzo koniecznie chce - niech zestawia sobie powyższe i poniższe rymy z całym szeregiem źródeł dostępnych zarówno na papierze jak i choćby pod tym sznureczkiem.. (tu też odnajdziemy fotografię portretu przed którym duma "Jagienka").

"Lecz wiecznym bywa święty dar znicza
Bo oto serce imć Chreptowicza
Dla dawnej żony pełne zajęcia,
Stanęło w poprzek zapałom księcia
Miłość uparta. A więc zgrzyt stali
Rozstrzygnąć musiał spór dwóch rywali (...)"

Dalej mamy nie mniej plastyczny opis regularnej nawalanki dwóch zacietrzewieńców o jedną babę, fakt że niebrzydką. Zwyciężył "pan z Lubartowa" (a tak naprawdę - z Dubna, patrz powyższy link). Co ciekawe - "wśród parkowych lip" tudzież przy odgłosach szumu "srebrzystej fontanny" miał się tłuc pierwszy, wówczas już ex-małżonek z... trzecim, dopiero przyszłym. Zważywszy, że moje "Jagienki" czytanie odbywało się w "strefie rażenia" kozłowieckich wdzięków przyrodniczo - architektonicznych, osoba drugiego męża opiewanej tu "serc pani i wróżki" jest nie do pominięcia. Wszak to właśnie temu drugiemu "tak zabiło serce, że rozwiódł z żoną mości kanclerza". By samemu się ożenić z młodą rozwódką - na złość i utrapienie matki swojej, Konstancji z Czartoryskich. I żyli sobie młodzi państwo Zamoyscy w roztoczańskim Zwierzyńcu. Chciałoby się napisać: długo i szczęśliwie. Niestety - niedostatki medycyny przełomu XVIII i XIX wieku w skutkach podobne były do współczesnych cięć środków budżetowych na kardiologię. Co 128 lat później Wanda Jagienka poetycko acz znów mało rzeczowo przedstawiła tak: 

"Mirażem najcudniejszym przemknął życia rok - 
Młody hrabia przedwczesną śmierć ujrzał o krok,
I z ramion alabastru poślubionej Anny
Odszedł w uścisk śmiertelny i chłód nieustanny."

 "Śmierć o krok" w postaci niezbyt sprawnego manualnie chirurga? Znamienne, tfu, cholera... 

Zanim jednak co - młody żonkoś ze znanej rodziny wszedł w posiadanie Kozłówki. Drogą kupna. Ot, związek opiewanej przez Autorkę  Ziemi Lubartowskiej z partacką chirurgią naczyniową w "tradycyjnych" dobrach Zamoyskich, na przeciwległym krańcu Lubelszczyzny.

Wanda Jagienka Śliwina nie wystawia jednak najlepszego świadectwa krajanom z Ziemi Lubartowskiej (konkretniej - tym z Kamionki):

"Lecz nietylko na płótnie można widzieć ją:
W kościele, kędy prochy jej rodziców są - 
W biały marmur zaklęta przez włocha rzeźbiarza
Modli się na grobowcu, jak u stóp ołtarza.
Co niedziela ogląda niemyślący lud
Ten - dłuta mistrzowskiego - marmurowy cud
I patrząc lat dziesiątki nie dostrzega cudu"


A gdy przemkniemy jeszcze kilka wersów - mamy jeden z koronnych przykładów zadziwiającej siły legendotwórczej drzemiącej w pisarzach. Bo oto Wanda Jagienka Śliwina za pomocą letargicznego snu "smutnej księżnej", robi z kozłowiecką faktografią dokładnie to samo, co kilkadziesiąt lat przed nią Aleksander August Fryderyk zrobił z zawieprzycką. Do czego zresztą "Jagienka" nawiązuje w swojej "Ziemi Lubartowskiej" kilkadziesiąt stronic dalej - opowiadając na swój specyficzny sposób stworzoną przez Bronikowskiego legendę.